Zacznę od niepokera. Remont mieszkania powoli się kończy. Mamy na podłodze piękny gres polerowany z takiej dużej fabryki przy trasie Warszawa-Katowice, na wysokości Tomaszowa Mazowieckiego

Mamy pomalowane ściany, mamy oświetlenie ledowe (podobno ekonomiczne, ale jak zobaczyłam ceny tych żaróweczek to nie jestem pewna czy jak bym sama za nie płaciła to by mi się na pewno zwróciły), mamy właściwie skończoną łazienkę. To czego nie ma to drzwi do tej łazienki bo Kubie się nie chce drzwi na zawiasy postawić (ale narazie tam nie mieszkam więc nie dorosłam jeszcze do decyzji że facet nie będzie decydował o moim komforcie psychicznym i nie powiesiłam ich sama). Nie ma nic w kuchni poza odpicowanymi ścianami, sufitem i podłogą. No i czajnikiem elektrycznym który po przeżyciu całego remontu wygląda bardziej jak mini-betoniarka i teraz w standardzie zamiast wody podaje wapno. Ponoć to zdrowe jest. Na workach gipsu było napisane Dolina Nidy więc mamy źródło wartościowego wapna z ekologicznych terenów. Jak połączyć to z wodą z rzeki, która jest tak krystalicznie czysta że kiedyś żyła w niej piękna syrena Sawa to już w ogóle... domowe sanatorium. W spadku po babci oprócz mieszkania odziedziczyłam między innymi dwie cenne rzeczy: czarno-białe zdjęcie 40 bosych dzieciaków i kilku również bosych dorosłych przed budynkiem bez okien z podpisem "wspomnienia z lat szkolnych 1924" (babci na nim na pewno nie ma i nikogo nie rozpoznaję ale jaka wartość historyczna !) i o wiele cenniejszą w obecnej sytuacji bo działającą kuchenkę elektryczną na jeden palnik ze swastyką na spodzie i rokiem produkcji 1945. Może to ostatnia z linii produkcyjnej. Może da się na tym jajecznicę zrobić. Nie odziedziczyłam niestety klamek więc będę żyła jak w psychiatryku. Ojciec ma ważniejsze rzeczy na głowie niż jeżdzenie do marketu po klamki, będąc przy okazji ma mądrzejsze pomysły na wykorzystanie 5 minut czasu. Ja bym oczywiście sama chętnie te klamki sobie kupiła ale wtedy słyszę od ojca "tylko nie z tą emalią bo to się ściera, normalne metalowe muszą być. zostaw to juz, kupie jak bede mial czas" a od robotnikow slysze "ale to zaraz znajdziesz takie ze zeby je zamontowac to ja bede musial cale drzwi rozbierac, nie kupuj lepiej" i tak caly czas odkad tylko zamknelismy remont sypialni czyli od lipca. Drzwi do tej pory otwieramy nogą od kombinerek. Tak czy inaczej niedługo się wprowadzamy z powrotem.
Bonus z tego jest taki że przez cały remont mieszkaliśmy z moją mamusią. I ona szybko nauczyła Kubę robić pranie:
Matka: ja zawsze wiedziałam że ty się do zadań domowych nie nadajesz ale jak możesz pozwolić żeby twój facet w ten sposób robił pranie ? pralki nie umiesz na pewno włączyć to jeszcze jak cię natura lepszym odroznianiem kolorow obdarzyła to mu nie chcesz pomóc ? On żywcem do nieba przy tobie pójdzie.
Oczywiście ona nie wie że go tysiące razy chciałam nauczyć i zawsze kończyło się tylko słowami "zejdź ze mnie, całe życie tak prałem i nigdy nic nie farbowało." Jasne. Co najwyżej tylko białe koszule dziwnie szarzały po kilku praniach.
Ja: Kuba, ja nie będę takich rzeczy od niej wysłuchiwała. Jak masz problem z kolorami to wydrukuj sobie pasek kontrolny z drukarki i porównuj co do czarnego, co do białego, co do niebieskiego.
I teraz za każdym razem jak ma być pranie to Kuba rzuca swoją kupkę brudów na podłogę, wyjmuje po kolei różne koszule i pyta "ta może być" ? I nareszcie ja decyduję, którym programem uprać, ile proszku i ile płynu do płukania. Bo do tej pory Kuba ładował trochę proszku i wrzucał ten program, którym ja ostatnio prałam. Jednak teściowe są przydatne
Pokerowo:
Ostatnio miałam trochę więcej czasu na grę. To poskutkowało kilkoma ft w 5€ hh i 10€ hh. Codziennie w którymś z nich jestem przy ft. Co by nie mówić nie ma na mnie mocnych w tych turniejach. Zawsze uważałam że do tej gry trzeba opanować trzy podstawy: Loose-aggresive, izolacja, modlitwa o dobry flop dla głupich rąk. Ciekawe w której z tych podstaw osiągnęłam taki mastery level że mi to tak dobrze idzie. Pewnie w modlitwie. Z 2 lat gry MTT nauczyłam się raczej Tight-Aggresive i uciekania z rozdań gdzie kilku się bije. A z kościoła zrezygnowałam jakoś zaraz po komunii.
To trochę tak jak u tego kolesia, który gdzieś w Stanach naprawia kable elektryczne wysokiego napięcia na ogromnych wysokościach. Puszczają go z helikoptera na te wszystkie druty i koleś łażąc po nicj mówi że w życiu są trzy rzeczy których się boi: "heights, electricity and women. And I'm married too."
Dalej męczę HU 7$. Idzie powoli do przodu, mimo że downswing zdążył już przyjść i zjeść mi kawałek tego coraz pokaźniejszego bankrolla. Ale nic to. Najlepiej idzie mi w nocy. Graczy jest o tej porze mało więc często lecą rewanże żeby nie narazić hourly winrate na uszczerbek. I tym sposobem tydzień temu dorwałam kolesia z Litwy który od 22 wieczorem do 3 w nocy oddał mi ponad 70$ czystego zysku. Pod koniec już mi się oczy zamykały i zdarzało się że jak je otwierałam to mi zostawały 2 sekundy z banku czasu na ruch. Taka minutowa drzemka

Ale grałam póki płacił i póki miał ustawiony auto-rematch

Wczoraj dorwałam podobnego matołka z Niemiec, który jednak dość szybko się przystosował do mojej gry i zaprzestał swoich "wielkich małych blefów". Jednak z braku alternatyw graliśmy dopóki widziałam karty czyli do ok. 4 rano. Wyszło opłacalnie
Do forumowych graczy HU wszelkich stawek mam pytanie. Długie
Otóż za każdym razem jak mam jakąś próbkę rąk to sobie robię notatkę na przeciwnika - jak się grało, czego nie lubi, czego się boi, ile razy podbija przed flopem, ile atakuje po flopie. Ponieważ gram to od dwóch tygodni i zwykle się dosiadam niż czekam czasem trafiam na regsów a czasami na matoły. I siadam sobie raz do jakiegoś Rumuna czy innego "idiot from eastern Europe", gra idzie pięknie, wszystko zrzuca przed flopem, jak podbija to wiadomo co ma, PFR:7, AF:0.8, VP$IP: 12. Jedyne co trzeba robić to podbijać wszystko co się da a nawet to czego się nie da. 10 minut i koleś ma 300 chips, wystarczy mu złamać monstera albo jak się nie uda to skracać go jeszcze przez chwilę. Nie dostaję rematch ale widzę że mój baranek już czeka przy innym stoliku. I tak 8 razy i baranek znika. Pojawia się następnego dnia. Dosiadam się i słyszę "no offense but you're a real idiot". Może nie wie ile na nim zarobiłam. Better off. Jedziemy do końca, znów wygrywam i słyszę że mam się do niego więcej nie dosiadać bo zabieram mu czas w którym oboje możemy zdzierać z fishy. I mówię mojemu dawcy że przy nim mi tak szczęście dopisuje że dla mnie może to on jest fishem. I odpowiedź "yeah, with 8% ROI". Co mnie to obchodzi jakie koleś ma ROI ? Może są tu osły gorsze od niego, na pewno są. Może są tu osły, które nie wiedzą jak z nim grać, na pewno są. Ale dla mnie facet jest żywą gotówką i w moich notatkach ma zapisane "zielony jak trawa na wiosnę". To mam z nim nie grać bo uważa się za rega ? Może są jakieś niepisane zasady że lepsi regsi nie jedzą słabszych regsów tylko czekają na narybek wracający z imprezy ? Bo mi się wydawało że mam patrzeć na to ile zaabiam a nie na to dzięki komu zarabiam..
Drugie pytanie - czekacie na gracza czy się dosiadacie ? Jest to czymś uzasadnione ?