W firmie postawili pudełko na prezenty dla jakiegoś domu dziecka. Iza postawiła i zaraz wręcz wymuszała, żeby się wszyscy dorzucali. W swoim zespole zrobiła przymus absolutny, umówiła asystentkę oddziału, żeby z nimi po zakupy pojechała i im pomogła nosić. Pół Biedronki wykupili. My się też dorzucaliśmy, choć bez obnoszenia się z tym faktem, co ponoć zostało przez Izę skwitowane słowami "po tamtym zespole to się wiele nie spodziewam, bo znieczulica". Whatever. Nawet pomyślałam, że to w sumie dobrze, że nawet w taki brzydki sposób ale jednak namawia ludzi, bo w kilka dni się pod ścianą zebrało kilkanaście ładnych pudeł. I siedzę sobie dzisiaj, gadam z asystentką, patrzę na te paczki, coś moją uwagę przyciągnęło. Wyciągam, wygląda jak lampka. Ale to nie lampka, to rozgałęziacz USB. Z logo mBanku. No w sumie fajne. Odkładam na miejsce ale tak patrzę a w tej torbie same takie gadżety, z rozmaitych firm.
Ja: Ktoś się nie wybrał na zakupy, tylko szafę przeszukał
Żaneta: Taaa... Iza...
Ja: ŻARTUJESZ ?!
Żaneta: Nie...
Ja: Tak namawia wszystkich, ten Marcin to chyba z pół pensji w tej Biedronce zostawił, a sama od siebie torebkę gadżetów ? Ta co najwięcej w całej firmie zarabia ?
Żaneta: Właśnie dlatego, Aga. Ona by złotówki nie dała. Im więcej ktoś ma kasy tym bardziej jest skąpy.
Ja: No to akurat wiem, ale to mogła po prostu to pudło postawić, a nie latać po całym oddziale i dulszczyznę odstawiać.
Żaneta: Oj Aga, Aga... Dlatego ja wolałam pozostać asystentką i obserwować to tylko zza biurka. Za nic nie chcę żeby te pieniądze były moim udziałem i żeby mnie tak zmieniły.
Cały tydzień żyłam tylko tym, że pójdę na Dos Mundos, odreaguję to wszystko, że się choć przez chwilę dobrze poczuję. Przez chwilę tak, na zajęciach z bachaty. Jakoś tak fajnie było. Potem zmieniamy buty w szatni i słyszę taki dialog:
-Idziesz na Dos Mundos ?
-Nie, ja nie lubię tego miejsca. Tam nie ma z kim tańczyć. Jak ktoś znajomy jest to jeszcze coś zatańczę od biedy ale tak to mi się nigdy nie zdarzyło żeby mnie ktoś obcy tam poprosił. Nie ma po co tam chodzić.
Aż uszom nie wierzę. Nie możliwe, żeby o tę samą imprezę chodziło. Ja tam seta kizomby nie byłam w stanie przestać pod ścianą kiedy jej jeszcze tak bardzo nie znosiłam. Oglądam się kto takie bzdury wygaduje. No w sumie w jej przypadku... to nie bzdury, nie dziwię się.
Dojeżdżamy na to Dos Mundos. Prawie cała ekipa z Ursynowa. Bachatę rozwiązali, salsa już świeci pustkami a my ciągle się trzymamy w grupie. Burger vel Z20 mnie ciągnie na salsę. O rany, tego to ja nie umiem, już nie pamiętam kiedy to ostatnio tańczyłam na jakiejś imprezie. Ale Burger wymiata więc i ja muszę.
Tańczę 5 kawałków bachaty z kolegą, tak jakoś lekko, fajnie to idzie, że nawet na chwilę tę bachatę polubiłam z powrotem. Ale już potem mam ochotę sobie pójść. Głowę mam czym innym zajętą, stoję pośrodku grupy, a nie jestem się w stanie skupić o czym mówią, tylko się patrzę na jakąś parę i nie wiem co widzę, nie mam pojęcia czy akurat leciała bachata czy kizomba, a może nawet semba to była.
Kizomba. No ! Ile można czekać. Tańczę sobie z kolegą, z którym wytańczyłam tych kizomb już tyle, że on nie musi nic prowadzić, ja go znam na pamięć, niech nic nie robi, a ja będę chodziła tak jakby chciał poprowadzić. I znowu, on coś do mnie mówi, ja nawet nie wiem co. Przytakuję z głupim uśmiechem. Czas wyjść chyba.
-Wychodzisz ? Jak bachata leci ?
-Właśnie dlatego
-A ja się chyba zapiszę na kurs i nauczę się w końcu.
-Polecam. Teraz już nie ale kiedyś to kochałam i to był fajny czas.
-Czemu już nie kochasz ?
-Oj bo teraz to ja jestem... kiźnięta
Słońce spod rolet kradnie szaloną noc, a świt
spadnie na głowę nagle, wyszłaś nie mówiąc nic
Bo są takie dni o szczęście trzeba się bić
a serce słabsze niż pięść i łatwo złamać je gdy zaufa
znikamy dziś czasem nie ma nas aż do jutra



