Poniższy post powstawał grubo ponad cztery miesiące i tworzenie go szło mi wyjątkowo opornie. Ale jest streszczeniem całego roku mojego życia, a przynajmniej jego najciekawszych fragmentów. I cieszę się, że powstał, bo będzie mnie motywował do wyjścia z domu. W czterech ścianach na fajne przygody raczej nie ma co liczyć. Za to w czterech częściach już tak

O ile uda mi się stworzyć pozostałe trzy

Będzie dużo piosenek i będzie mi miło, jeśli odpalicie je chociaż na chwilę. To nic, jeśli się Wam nie spodobają.
Zacznę od tego, że w grudniu minął rok odkąd nie zapaliłam ani jednego papierosa. I żałuję każdego z tych dni. Rzuciłam, jak to baba, bo nie chciałam się za szybko zestarzeć. A potem poszłam do kosmetyczki. One mają takie genialne ampułki na wszystko. Można palić, pić, a nawet jeść nutellę, a one dobiorą odpowiednią ampułkę i po sześciu zabiegach za jedyne 1000 zł skóra znowu będzie wyglądała, jakby żaden z tych grzechów nie miał miejsca. Taniej jednak nie palić. Więc z tej okazji piosenka, która była hipsterska na długo zanim w ogóle powstało to słowo.
https://www.youtube.com/watch?v=4TV_128Fz2gJakoś w lipcu zaczęliśmy przygotowania do flash moba. Szkoła tańca sobie wymyśliła taki pomysł, próby były raz albo dwa razy w tygodniu, trwały po kilka godzin, wszystko na świeżym powietrzu. Nie płaciło się ani grosza, a się wszyscy nauczyli na tych zajęciach więcej, niż przez kilka miesięcy regularnego kursu.
Fenomenalna atmosfera letnich wieczorów i obcy ludzie, którzy przyglądali się próbom. Nagrywali nas, robili sobie z nami zdjęcia, próbowali dołączyć i to z nami zatańczyć, na koniec bili brawo i pytali gdzie i kiedy będziemy następnym razem. I te wszystkie dziewczyny patrzące z wyrzutem na swoich facetów, że oni tak nie umieją i nie zamierzają się nauczyć. Jak to dobrze, że już nie jestem po ich stronie. To jest we mnie sprzeczne - nie bawi mnie chodzenie z własnym facetem na zajęcia i na imprezy, a z drugiej strony nie wyobrażam sobie, żebym po tym wszystkim kiedykolwiek mogła być z facetem, który nie umie tańczyć. Choćby krakowiaka.
Nawet sobie nie wyobrażacie jak ciężko jest w tym kraju wyjść na miasto i zatańczyć. Załatwialiśmy na to całe tańczenie pozwolenia. Spoko, potańczyć nam pozwolili. Nawet na Placu Zamkowym. Nawet na placu Defilad. Ale bez muzyki. I te panie z urzędu w ogóle nie widziały w tym nic dziwnego ani absurdalnego. Bo pozwolenie na muzykę wydają tylko jeśli zgromadzenie ma charakter religijny.
Fakt, z religijnością ta muzyka nie miała nic wspólnego. Jak się dowiedziałam jaki kawałek wybrali instruktorzy, to się złapałam za głowę. Przecież tam będą dzieci, mogą znać hiszpański. Z zyliona bachatowych kawałków, z których 99,9% jest o miłości, oni wybrali ten o nagiej kobiecie.
https://www.youtube.com/watch?v=TG6P4QoqGS0Przed jedną z prób byłam z Kubą na jakimś dniu rolkarzy na schodach Stadionu Narodowego. Można było wypożyczyć rolki, cały dzień były warsztaty na różnych poziomach zaawansowania. Oprócz mojego, bo na najbardziej podstawowym się uczyli kucać i wstawać podczas jazdy. A mnie trzeba było najpierw nauczyć jeździć.
Z tym w ogóle jest śmieszna historia, bo kiedyś jeździłam. Kilka tygodni przed Komunią zadzwonił do mnie mój ojciec chrzestny, którego ostatni raz widziałam pewnie na chrzcie. Zażyczyłam sobie wrotki, bo kilka koleżanek miało. Niestety zaszło nieporozumienie, bo dostałam rolki. Łatwiej niż wymienić je na wrotki było znaleźć sobie koleżankę, która miała rolki. Więc sobie śmigałyśmy niemal codziennie. Nie żebym wymiatała, ale przynajmniej ani matka ani babcia nie widziały powodu, żeby mi dokupić ochraniacze na kolana.
Teraz dostałam jakiś nowy wynalazek, na trzech kółkach i bez hamulców. Za bardzo się nie przejęłam, moje stare co prawda miały hamulce, ale jakoś ich nigdy nie używałam, bo nie umiałam. Kuba te swoje wypasione ma bez hamulców. Eeee, przeżytek. Za to wzięłam sobie ochraniacze na kolana i nadgarstki. Chyba tylko po to, żeby potem zgodnie z prawem Murphy'ego upaść na tyłek.
Okazało się, że ledwo w tych rolkach łapię pion. Ale za to hamowanie, skręcanie i zawracanie miałam opanowane do perfekcji, bo działało głosowo. Wystarczyło powiedzieć co się chce i zaraz Kuba mnie zatrzymywał, zawracał czy co tam chciałam.
Jak już ogarnęłam utrzymywanie pozycji pionowej bez nadmiernego wymachiwania rękami, to stwierdziłam, że sobie pojeżdżę dookoła stadionu, w końcu przecież wrócę w to samo miejse. No i Kuba sobie poszedł na jakieś warsztaty dla zaawansowanych. Potem się dokleił do jakiegoś chłopaka, który miał kubki i sobie kręcili te slalomy i inne takie. A ja sobie jeździłam dookoła stadionu. I było mega. Właśnie za tym tęskniłam.
W końcu wróciłam do Kuby i mu powiedziałam, że widziałam po drugiej stronie stadionu warsztaty hokeja na rolkach. A ja jestem naczelnym motywatorem do wszystkiego. No i pojechaliśmy, tyle że on sobie zjechał kilkoma zgrabnymi ruchami ze schodów, złapał za kij i już grał, a ja się jeszcze pół godziny z tymi schodami męczyłam. I nie przewidziałam, że zaraz za nimi ten teren jest lekko pochyły. I sobie zjeżdżam w najlepsze, nie ma się czego złapać, hamować nie umiem, a przede mną zaraz znowu schody. Tyle, że jak człowiek ma upaść, to odruchowo wybiera tyłek. I na nic mi się te wszystkie ochraniacze zdały. Ziemia czarna, a spodenki białe. A potem sobie patrzyłam, jak się wywaracali ci wszyscy hokeiści i nie wyglądało to ładnie. Jak mnie nauczą hamować, to ja im dam kurs z wywracania.
https://www.youtube.com/watch?v=QiWaMlWeBq0Motywować umiem ale nie siebie, bo nie poszłam na Masterclassa. Na początku chciałam, bo się tam wybierali prawie wszyscy fajnie tańczący. A potem stwierdziłam, że ja już prawie i tak na żadne zajęcia nie chodzę, to co by się musiało stać, żebym nagle na Masterclassie zaczęła się pojawiać.
Ale jeszcze w lipcu czy w sierpniu chciałam bardzo. Żeby się tam dostać, trzeba przejść casting. Wydawałoby się, że wystarczy zagadać z instruktorem, przecież chodziłam do niego na zajęcia przez rok z hakiem, czasami siedziałam tam codziennie po cztery godziny, tańczyliśmy razem zylion razy na kursach czy na imprezach, to chyba wie jak tańczę. Tyle że wielu przede mną próbowało tej drogi i wszyscy słyszeli "przyjdź na casting".
Jedyną osobą, którą dobrze znam, a która przeszła kiedyś ten casting, jest Norbert. Ale po jego opowieściach i tak nie wiedziałam czego się spodziewać. Więc się któregoś dnia umówiliśmy na jakąś małą próbę. Tydzień się zastanawiałam jak to Kubie przekazać, żeby mnie nie zjadł, a zebrałam się w sobie dopiero na dzień wcześniej.
-Mogę?
-Możesz.
-Ale z Norbertem?
-Z Norbertem.
-I nad jeziorkiem?
-Ok.
O kurde. Co on wykombinował. Jak wrócę, to z mieszkania może już tylko popiół zostać i jakieś brzydkie napisy na ścianach. Wynieść koty? Nie, on je uwielbia, krzywdy im nie zrobi.
Spotkaliśmy się nad tym moim jeziorkiem i większość czasu siedzieliśmy na kamieniu przy fontannie i gadaliśmy, bo było za gorąco, żeby choćby siedzieć gdzie indziej, a co dopiero tańczyć. Po paru godzinach poszliśmy do knajpki nad wodą na piwo.
Okazało się, że czytamy te same książki. "Pokolenie IKEA". Z każdym kolejnym zdaniem negowałam to, co przeczytałam. Bo przecież faceci tacy nie są, to jest nieprawda, to jest jakaś patologia, głupia ta książka, nie będę tego więcej czytać.
Norbert: Jestem w połowie drugiej części, a Ty?
Ja: Cztery rozdziały do końca pierwszej mi zostały. Największy syf, największe błoto, historia o moralnych wydmuszkach. Ty tego nie czytaj, bo się upodobnisz do bohatera!
A potem sobie gadamy o złotych myślach z tej książki i te już wcale nie są takie złe. Gadaliśmy o tym z pół godziny, ale jak się baba czegoś czepnie to przecież koniec. Nawymyślałam sobie, teraz przepraszaj.
Norbert: Tam jest takie fajne zdanie na końcu, że każdy ma taką osobę, że jak ona powie jedno słowo, to rzuci się wszystko, żeby z nią być.
I zaczynam myśleć nad sensem tego zdania, które mu się tak spodobało. I ściągam ciemne okulary z włosów na oczy, bo myślę, że się za sekundę rozpłaczę i dopiero będzie wstyd. A potem mi się pojawiają przed oczami zdjęcia tych wszystkich facetów, co by rzucili wszystko dla mnie. Jednak nie taki zły ten świat, nie trzeba płakać.
A potem przestawiamy sobie krzesła frontem do jeziorka, nogi na balustradę, każde dostaje jedną słuchawkę, puszczamy sobie muzykę i się opalamy. I w końcu leci jedna z tych niesamowitych piosenek, przy których mogłabym codziennie zasypiać.
Norbert: Też tańczysz w myślach?
Ja: Zgadłeś.
Norbert: To idziemy?
https://www.youtube.com/watch?v=VLOVVnhDh5UTuż obok knajpki rozstawił się jakiś zespół z muzyką na żywo, bo się okazało, że to jest dzień jakiegoś festynu czy innej cholery. I zaczęliśmy do tego tańczyć pod samą sceną. Z bachatą ta muzyka nie miała nic wspólnego, ale to nie ja tu jestem od pilnowania rytmu, a skoro Norbert ma słuch absolutny i mu to pasowało, to mi też. W ogóle ludzie się zebrali dookoła, zaczęli nas oglądać. Bili brawo po każdym kawałku. Miło.
Wracam do domu, a Kuba siedzi na kanapie obklejony kotami i pyka te swoje freerolle.
Kuba: Minutę temu mając A-K przegrałem all-ina z 9-4! Co oni robią z takimi rękami?!
Ja: Nie wiem

Tylko Ty masz do tego cierpliwość

Kuba: Jak było? Już wiesz co będzie na tym castingu?
Ja: No właśnie nie. Więcej gadania i picia piwa niż tańczenia. Chyba nie pójdę na ten casting.
A następnego dnia Kuba sobie wymyślił, że pójdziemy nad to jeziorko i sobie wypożyczymy rower wodny. No fajnie, super, a cały poprzedni miesiąc nie wpadł na to pewnie tylko dlatego, że nie byłam tam wcześniej z Norbertem. Trzeba poprosić tego Norberta, żeby mi kiedyś śniadanie do łóżka przyniósł, to już nigdy nie będę musiała wstawać rano i gotować. Albo w ogóle się wymieńmy partnerami, Kuba dostanie dziewczynę bez grama tłuszczu gdziekolwiek, a ja faceta który umie świetnie gotować. Wszystkich to śmieszy, oprócz Kuby. I dobrze, niech się trochę podenerwuje czasem

A pod koniec lata dopadła mnie ta pieruńska choroba kiedy spałam po 23 godziny na dobę. 40 stopni gorączki i dreszcze przez jakieś trzy dni z rzędu. Budziłam się tylko po to, żeby powiedzieć "nie, nie chcę do lekarza, chcę spać", "nie, nie wzywaj lekarza, chcę spać" i "nie, nie chce mi się jeść, idę spać".
Ale śmiesznie też było. Po dwóch dniach obudziłam się koło południa. To były w całej chorobie najgorsze momenty. Wtedy pękała mi głowa, czułam gorączkę, cała się trzęsłam, bolały mnie mięśnie, nie mogłam się ruszyć. Marzyłam tylko o tym, żeby znowu zasnąć i to się generalnie udawało jak tylko znów zamknęłam oczy. Ale wtedy nie poszło tak łatwo. Usłyszałam dzieciaki za oknem. Niedaleko jest przedszkole, więc w sumie nic dziwnego, ale jakoś wcześniej mi nie przeszkadzały, nie słyszałam ich nawet za bardzo. Nie spałam, ale miałam takie halucynacje jakbym spała. Miałam otwarte oczy, a widziałam jak te dzieciaki mi włażą przez otwarte okno, włażą mi na łóżko i po mnie skaczą, ciągną mnie za włosy, za ręce, za nogi. Zamykam na sekundę oczy i widzę jak strzelam do tych dzieciaków z pistoletu, a z każdego zastrzelonego się robią trzy kolejne. Otwieram oczy, a ich jest coraz więcej, nie mieszczą się w pokoju, w domu, a ciągle wchodzą przez to okno. Mam świadomość i wiem, że to halucynacje z gorączki, a jednocześnie są tak realistyczne, że w coś bardziej prawdopodobnego z łatwością bym uwierzyła. Jakbym zamiast tej dzieciarni i pistoletu widziała białe światło i jakąś postać, która by powiedziała, że to jeszcze nie mój czas, to zaraz potem bym leżała krzyżem w kościele.
A poza tym to często mi się śniła pizza. Wielka, pachnąca, pyszna. I zmuszałam się, żeby się obudzić, to zaraz sobie taką zamówię, albo pójdę gdzieś, żeby było szybciej. Budzę się i znika apetyt, a wszelkie "pójdę" wiążą się z prawie niewykonalnym "wstanę".
Ja: Pizza mi się śniła...
Kuba: Masz biszkopty!
Ja: Spadaj...
I sam sobie jadł te biszkopty.
A po jakimś tygodniu okazało się, że ciągle jestem kuloodporna i że nic mi nie będzie. I nawet nie dostałam żadnego pisma z prokuratury za tę wystrzelaną dzieciarnię.
Dzień castingu. Dzwoni Norbert.
Norbert: Gdzie jesteś?
Ja: W domu.
Norbert: Wiedziałem, że jak Cię nie przypilnuję, to nie przyjdziesz. Casting jest za pół godziny, szybko!
Ja: Nie no, gdzie ja do tego...
Norbert: Dostaniesz się, już mówiłem!
Ja: A potem i tak nie będę chodzić, bez sensu!
Norbert: Masz pół godziny, czekam, pa!
Kuba: Co? Casting do masterclassa?
Ja: Tak...
Kuba: No to szykuj się, zawiozę Cię.
Ja: Nie, nawet umalowana nie jestem.
Kuba: W samochodzie się umalujesz.
Ja: Butów nie mam.
Kuba: Boso zatańczysz.
Ja: Pójdę za rok.
Potem żałowałam. I w sumie mogłam tańczyć boso, wzorem ulubionego filmiku Norberta:
https://www.youtube.com/watch?v=eR-avS5xmvYWypatrzyłam sobie na początku września jakieś dożynki w Nadarzynie. Kuba nie bardzo wiedział czy ja tam jadę kupić jakiś ręcznie wyplatany koszyk czy trzy tuziny wiejskich jajek, ale nie marudził tylko pokornie przytaknął. Oczywiście w całej tej imprezie chodziło mi tylko o wesołe miasteczko. Jak poczuję ten wiatr we włosach i mną kręci we wszystkie strony, to dopiero czuję, że żyję. A jak mi do tego zagrają jakieś "bo ja tańczyć chcę" albo inne disco polo, to jestem absolutnie przeszczęśliwa.
Posiedziałam na tych karuzelach kilka minut za długo, bo jak wracaliśmy i mieliśmy ze dwa kilometry spaceru do samochodu, to zaczęło lać. Ściana deszczu. Kuba pobiegł szybciej do samochodu z założeniem, że po mnie podjedzie, tyle że zanim wyjechał z zatłoczonego parkingu, to ja już też zdążyłam dobiec. Kompletnie zalana, a co! W zeszłym roku jakiś jego kolega nas wyciągał do Energylandii, ale jakoś w końcu nie pojechaliśmy. Ale na ten już mam postanowienie, że pojadę
https://www.youtube.com/watch?v=wAIqG0EweiIC.D.NKuba: Ej dobry tekst na podryw? "-Zbierasz puste opakowania po jogurtach? -Nie, czemu? -Bo ja też nie, zobacz ile mamy ze sobą wspólnego."
Ja: Hahahaha! Dobry

Mogłabym się złapać

Kuba: Gorzej jak powie, że zbiera...
Ja: To wtedy mówisz "ja od dzisiaj też zacznę".
Kuba: Albo "a masz jakieś na wymianę?"

Kuba: Kiedyś mieliśmy takiego kota w domu, co tak jak Twój się dawał głaskać do pewnego momentu. Tyle, że Twój sobie po prostu idzie, a nasz zaczynał drapać i gryźć. I czasami go z bratem braliśmy na ręce i głaskaliśmy długo i jak nam się wydawało, że już to go nieśliśmy do mamy albo do siostry i one potem podrapane chodziły

Ja: Co tam czytasz?
Kuba: A taką fajną ofertę. Jesteś powstańcem warszawskim?
Ja: Nie.
Kuba: Szkoda, mogłabyś się ubiegać o dofinansowanie na gaz. Ale Ty nie masz gazu.
Ja: No to normalnie ofertę życia mi znalazłeś!