Juwenalia, juwenalia, a tu niespodzianka - deszcz. Moje okna wychodzą bezpośrednio na podwórze, gdzie wieczorami jest jakieś 2-3k nawalonych studentów, więc jest ogień. Czasami potencjometr "Master" w moim 60Watt'owym piecu muszę odkręcać na połowę, żeby przekrzyczeć imprezę zza szyby. Dobrze, że mam problemy z wczesnym zasypianiem i kładę się przeważnie w momencie dogasania imprezy - łatwiej się tak żyje, bo zasnąć w tych warunkach o 23 graniczyłoby z cudem

. Z racji deszczu może dzisiaj położę się wcześniej
Ogólnie to majówka płynnie przeszła w kolejną imprezę (czyli wyżej wspomniane neptunalia). W poniedziałek poszedłem w ślady dadzia i się profilaktycznie najebałem. O 5 rano próbowałem na pełnej bombie uczyć dawnego współlokatora grać na wiośle, a nie umiałem złapać żadnego akordu.
Obudził mnie znajomek o 18 we wtorek... notabene też nawalony jak meserszmit bo akurat wrócił z "rejsu elektryka". Postawił sobie za punkt pijackiego honoru postawienie mnie na nogi i doprowadzenie do stanu używalności. Może i mu się udało, aczkolwiek tego dnia mimo licznych, brutalnych propozycji, nie wziąłem do ust alkoholu.
Co ciekawe zajęcia na uczelni tak się ułożyły, że oprócz wtorkowych ćwiczeń, które trwały godzinę (na których się rzecz jasna nie pojawiłem, no bo jak, o 13?!), nie miałem żadnych zajęć -> pierwsze w życiu juwenalia, podczas których nie mam setek godzin na uczelni i piwko to widzę tylko w cudzych rękach.
Środa - nawet żeśmy się z kumplem zmotywowali do projektu. Trochę było roboty, coś tam nawet naściemnialiśmy, ale o 22 wymiękliśmy i dołączyliśmy do imprezy. W sumie to dobrze się stało, bo od 22 nie było czasu żeby się znów ostro skuć, więc czwartkowy poranek był o niebo lepszy, niż wtorkowy.
W międzyczasie nawet coś popykałem w karty. Ze względu na reload, chwilowo przeniosłem się na P*. Poza tym Albert za bardzo tam niszczy system, więc trochę mu muszę utrudnić życie
Odczucia? Rany... ale tam jest donkfest. Naprawdę na FTP jest odczuwalnie wyższy poziom. Tym bardziej, że do 16 praktycznie kręcą się tylko zaregowane stoliki i jest powiedzmy jeden fish na 3stoły. Natomiast na p* dostałem dzisiaj tyle akcji do swoich monsterów, że aż żal było odchodzić od kompa. Doncurów po prostu las i to o 13 w dzień.
Zacząłem też trochę pracować nad swoją grą, choć jeszcze nie w takim stopniu, w jakim chciałbym to robić. Generalnie częściej przeglądam ręce i staram się sam sobie uświadamiać głupotę spazzów, które zdarzają mi się nagminnie. Uświadomiłem sobie, że maj był kiepski nie tylko ze względu na downswing, ale i na słabą grę. Zdecydowanie muszę zmienić podejście z gracza, który na cashu próbuje wygrywać głównie non-showdown. Na dłuższą metę jest to mniej profitowe imo, dużo bardziej swingowe i ogólnie czasami traci się kontrolę nad swoją grą.
Mam wrażenie, że moje pokerowe umiejętności zataczają ciągłe koła. Miewam etapy grania prostego, cierpliwego pokera, który jest dzisiaj równie dochodowy co kiedyś, i wcale nie trzeba grać nie wiadomo jak skomplikowanych linii, żeby regularnie wygrywać. Czasami natomiast próbuję być przenikliwy jak rentgen, lecz nic z tego nie wychodzi i w większości przypadków owocuje to pogorszeniem gry.
W dodatku uświadomiłem sobie, że zdarzają mi się momenty, w których dosłownie próbuję wygrać każde rozdanie, w którym byłem pierwotnym agresorem. Zastawiam jakieś nieziemsko durne pułapki, barreluję wszystkie uliczki bez najmniejszego sensu, check/raisuje dziwne układy, w których tak naprawdę sam nie jestem w stanie sobie odpowiedzieć, czy robię to dla wartości, czy dla blefu...
Muszę sobie codziennie rano powtarzać przed lustrem: używaj czasem przycisku "fold", on nie gryzie.
Ilekroć sobie to w uświadomię, od razu widzę poprawę gry. Więcej kontroli, więcej logiki w tym co robię, mniej irytacji związanej z własnymi błędami. Dzisiaj przegranie coolera KK vs AA nie rusza mnie zupełnie, natomiast zły timing bluffu na doncura zawsze pozostawia taki niesmak, że mogłem to jednak przewidzieć.