Zostawiłam gdzieś dzisiaj głowę. Znalazcę proszę o zwrot. Nagrody nie będzie bo głowa ta tak czy inaczej nie ma żadnej wartości a 10% znaleźnego od 0 to nadal 0. Ale głowa zawiera najzgrabniejszą część mojego ciała. Nie będę mówiła co bo to określenie bardzo na wyrost i wielu by się obraziło, że śmiem się posądzać o posiadanie czegoś tak wyjątkowego. W każdym razie jak już powiedziałam - zgrabnego bo nie ma tam żadnej fałdki, zmarszczki ani krągłości. Absolutnie niczego tam nie ma.
Wytargałam samochód spod kilkudniowej warstwy śniegu. Nie pamiętałam gdzie zaparkowałam więc próbowałam poznać swoje auto po kołach. Cudem się znalazł, nawet go długo nie szukałam. Nie zeskrobałam lodu z dachu bo zszedłby chyba razem z karoserią. I podsufitką. Pojechałam na stację benzynową. Korek od wlewu położyłam na dachu, jak zawsze. I zapomniałam. Do celu już ze mną nie dojechał. Ba, spadł zaraz na stacji ale brak głowy nie odnotował faktu, że jak słychać upadający plastik to znaczy, że ten plastik do czegoś służył. Przecież nie będę się wracać, obok mam NorAuto to kupię nowy. Rozmiar uniwersalny a ja przecież mam bardzo uniwersalny samochód. Korki tylko w kolorze czerwonym. Lub żółtym. Ile na litość boską jest żółtych samochodów w tym kraju ?! Szukam zdesperowana niebieskiego kierując się tym co mi podoba bo przecież nie logiką. Jak nie znalazłam to oprzytomniałam, że przecież mam czerwony samochód i niebieski korek wyglądałby tak samo kretyńsko jak ja bez głowy. Wywalam opakowanie po drodze ciesząc się, że bogaty asortyment a raczej jego brak uratował mnie od estetycznego nieporozumienia. Próbuję wcisnąć ten korek. Nie, wlew mam jednak nieuniwersalny. Ale nic to, mam pół domu w torebce, drugie pół wożę w bagażniku. Wyciągam nożyk z odcinanymi ostrzami (zostało ostatnie co już wróżyło katastrofę, ale nic z tych rzeczy, wytrzymało) i strugam sobie ten korek do rozmiarów uniwersalności mojego wlewu. Oczywiście przedobrzyłam więc trzyma się tylko na słowo honoru.
Wizyta w markecie bo mamusia znowu każe się zaopatrzyć w zgrzewkę wody. Naznosiłam kilka rzeczy do koszyka, w środku zakupów wodę, potem jeszcze parę rzeczy. Pod domem otwieram bagażnik, wyciągam wszystko, oczywiście wody nie ma. Próbuję sobie przypomnieć gdzież ja ją ostatni raz widziałam. Do koszyka włożyłam na pewno. Patrzę na rachunek - wody tam nie ma. Ale jest wszystko co włożyłam przed wodą. Jak nic to była cudowna woda z Lichenia i wyparowała w tajemniczych okolicznościach. Cud jak zmartwychwstanie.
Co by tu jeszcze zepsuć...
