The sky is never the limit !
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Głupich snów ciąg dalszy.
Zdrzemnęłam się wczoraj wieczorem. Ciepłe kraje mi się śniły, jakiś Egipt czy coś. Pokój wysoko w jakimś mega hotelu, piękny widok z okna. Basen czynny do późna. A ja tam jestem ostatni dzień, wrrrr. Spakowałam się i myślę, że jeszcze pójdę na ten basen nocą, ale fajnie będzie... Taaaa, matka zadzwoniła, obudziła mnie, hotel zniknął, zamiast basenu na dole mam parking, zamiast przystojnego ratownika lekko spasiony kocur się przeciąga obok na łóżku. A matka się śmieje, że dobrze że mnie obudziła zanim strzelać zaczęli bo chyba słyszałam o Tunezji. Ja jej na serio odetnę kablówkę, ona wszędzie wojny i zamachy widzi.
A dziś to po prostu poezja. Śni mi się że jadę gdzieś z ojcem, że mamy wsiąść na prom w okolicach Stadionu Narodowego i gdzieś tam płynąć za granicę. Co ta moja głowa jeszcze mądrego wymyśli... Ojciec próbuje nadać mój samochód, ale go muszą prześwietlić. I się facet krzywi przed tym monitorem jakby nie wiem co zobaczył. To idę. I coś się droczę z tym facetem, że to białe na dywanikach to tylko piasek. A on do mnie "Pani chyba nie wie o czym mówi !" i otwiera przede mną bagażnik. A tam trup w worku złożony na pół. Nic na ten temat nie wiem, nie zamierzam nawet do tego worka zajrzeć. Ojciec blady jak ściana a jego córka jakby nie takie rzeczy widziała: poprawia ten worek, zamyka bagażnik, uśmiecha się szeroko do ciągle zbaraniałego urzędnika i odjeżdża. Jakie to kurde proste, żadnej policji, niczego. Masz trupa w bagażniku to go sobie zabierz z powrotem i sama się martw.
A potem mam plan, że tego trupa (skoro już go mam) gdzieś zakopię. Pełno ogródków działkowych w okolicy, trzeba tylko znaleźć jakieś dobre miejsce. Pożyczam od ojca rower, jakieś BMW wśród rowerów. Trupa do walizki, walizkę na bagażnik. Kilka metrów przejechałam, pusta droga w kierunku ogródków. I jakiś dzieciak w moim wieku, morda na 10 lat bez wyroku mi zachodzi drogę. I mówi, że muszę zejść. Bo on chce ten rower. No bravo ja, normalnie myślałam, że bym musiała sporo dopłacić żeby ktoś mnie pozbawił nie dość że walizki to jeszcze tego kretyńskiego roweru. Co prawda nie jest mój, ale jakoś to tatusiowi wytłumaczę. Coś się z tym bandytą droczę, żeby nie było podejrzane, że tak od razu zsiądę i mu ten rower oddam. A on mówi, że muszę zejść i łapie ręką za marynarkę sugerując, że ma tam broń, nóż czy whatever. Taaa. Skąd wie, że ja nie mam ?! Udaję przestraszoną i zsiadam. A chłopak mówi, że mu potrzebny bo za granicę promem chce popłynąć. No, super, drugi raz tego samego trupa celnicy zobaczą. Ale nie nie, tak łatwo nie będzie, ukradłeś mi rower to zobaczysz... I dzwonię od razu na policję. Że mi rower ukradli i załadowali trupa w walizce na bagażnik. Facet po drugiej stronie przejęty jakby ten trup nie dość, że nie żyje to jeszcze tańczył albo śpiewał. I że on zaraz kryminalnych wezwie. I że jak chłopak ma broń to antyterrorystów. A rower to oni właścicielowi do Konstancina odstawią. No ! To można się obudzić...
Zdrzemnęłam się wczoraj wieczorem. Ciepłe kraje mi się śniły, jakiś Egipt czy coś. Pokój wysoko w jakimś mega hotelu, piękny widok z okna. Basen czynny do późna. A ja tam jestem ostatni dzień, wrrrr. Spakowałam się i myślę, że jeszcze pójdę na ten basen nocą, ale fajnie będzie... Taaaa, matka zadzwoniła, obudziła mnie, hotel zniknął, zamiast basenu na dole mam parking, zamiast przystojnego ratownika lekko spasiony kocur się przeciąga obok na łóżku. A matka się śmieje, że dobrze że mnie obudziła zanim strzelać zaczęli bo chyba słyszałam o Tunezji. Ja jej na serio odetnę kablówkę, ona wszędzie wojny i zamachy widzi.
A dziś to po prostu poezja. Śni mi się że jadę gdzieś z ojcem, że mamy wsiąść na prom w okolicach Stadionu Narodowego i gdzieś tam płynąć za granicę. Co ta moja głowa jeszcze mądrego wymyśli... Ojciec próbuje nadać mój samochód, ale go muszą prześwietlić. I się facet krzywi przed tym monitorem jakby nie wiem co zobaczył. To idę. I coś się droczę z tym facetem, że to białe na dywanikach to tylko piasek. A on do mnie "Pani chyba nie wie o czym mówi !" i otwiera przede mną bagażnik. A tam trup w worku złożony na pół. Nic na ten temat nie wiem, nie zamierzam nawet do tego worka zajrzeć. Ojciec blady jak ściana a jego córka jakby nie takie rzeczy widziała: poprawia ten worek, zamyka bagażnik, uśmiecha się szeroko do ciągle zbaraniałego urzędnika i odjeżdża. Jakie to kurde proste, żadnej policji, niczego. Masz trupa w bagażniku to go sobie zabierz z powrotem i sama się martw.
A potem mam plan, że tego trupa (skoro już go mam) gdzieś zakopię. Pełno ogródków działkowych w okolicy, trzeba tylko znaleźć jakieś dobre miejsce. Pożyczam od ojca rower, jakieś BMW wśród rowerów. Trupa do walizki, walizkę na bagażnik. Kilka metrów przejechałam, pusta droga w kierunku ogródków. I jakiś dzieciak w moim wieku, morda na 10 lat bez wyroku mi zachodzi drogę. I mówi, że muszę zejść. Bo on chce ten rower. No bravo ja, normalnie myślałam, że bym musiała sporo dopłacić żeby ktoś mnie pozbawił nie dość że walizki to jeszcze tego kretyńskiego roweru. Co prawda nie jest mój, ale jakoś to tatusiowi wytłumaczę. Coś się z tym bandytą droczę, żeby nie było podejrzane, że tak od razu zsiądę i mu ten rower oddam. A on mówi, że muszę zejść i łapie ręką za marynarkę sugerując, że ma tam broń, nóż czy whatever. Taaa. Skąd wie, że ja nie mam ?! Udaję przestraszoną i zsiadam. A chłopak mówi, że mu potrzebny bo za granicę promem chce popłynąć. No, super, drugi raz tego samego trupa celnicy zobaczą. Ale nie nie, tak łatwo nie będzie, ukradłeś mi rower to zobaczysz... I dzwonię od razu na policję. Że mi rower ukradli i załadowali trupa w walizce na bagażnik. Facet po drugiej stronie przejęty jakby ten trup nie dość, że nie żyje to jeszcze tańczył albo śpiewał. I że on zaraz kryminalnych wezwie. I że jak chłopak ma broń to antyterrorystów. A rower to oni właścicielowi do Konstancina odstawią. No ! To można się obudzić...
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Powinnam to wrzucić w wątek Micro Millions ale jeszcze bym innych zniechęciła do wzięcia udziału
A bloga pewnie już niewielu czyta więc wrzucam wynik dzisiejszego turnieju Phase1. Coś jak Dzień 1 a Dzień 2 będzie pierwszym turniejem serii. Żeby mi tak wszystkie turnieje szły to bym była zadowolona
Byłam na chwilę u Tatusia a więc i do przedszkola musiałam zajrzeć. Dzieciaki mnie rozbrajają.
Łazi jakaś dziewczynka, ciągle coś marudzi. Trzyma włos w łapkach i z nim łazi. A Hanka do niej "chcesz nitkę ? jaki chcesz kolor nitki ?" I jej daje niebieską.
Ja: Po co jej nitka ?
Hanka: Ona ma jakieś problemy emocjonalne, włosy sobie wyrywa i je gryzie potem, już raz miała taki goły placek na głowie.
OMG.
Przyjeżdża dwóch policjantów i stoją pod przedszkolem. Karolina do nich wychodzi co chcą. Bo właścicielka przedszkola dzwoniła żeby przyszli, zrobili dzieciakom pogadankę. Się wykręcali że nie ma kiedy, ale komendant im kazał to jednak przyjechali.
Policjant: No to powiedzcie mi dzieci, czy wiecie, czym się zajmują policjanci ?
Dzieci chórem: Mandatami !
My w śmiech, policjanci zbaranieli.
Wyciągają te wszystkie kajdanki, pałki. Jakaś dziewuszka nie mogła się dopchać do kajdanek to sobie zdjęła rajstopy i się do nogi stołu przywiązała.
Policjant pokazuje kamizelkę odblaskową.
Dziecko: Eeeeeee, my też takie mamy ! Jak wychodzimy na spacer to zakładamy !
Policjant: To bardzo dobrze, trzeba być widocznym, zwłaszcza wieczorem !
Dziecko: Ale nasze są czystsze !
Policjant: No ta już trochę przybrudzona bo my w nich pracujemy !
Dziecko: Nasze też nie są czyste bo ostatnio lody w parku jedliśmy. Ale czystsze !
Pogadali, dzieciaki sobie porobiły zdjęcia w czapkach i sobie poszli. Catering przyjechał. Zupa z soczewicy. Karolina z Ewką latają i roznoszą talerzyki, ojciec już się rozsiadł z dzieciakami przy stole, łyżka i zaczyna wiosłować. I go dzieciak zgasił szybciutko.
Dzieciak: Jeszcze nie jemy !
Ojciec: Dlaczego ?!
Dzieciak: Bo nie było "smacznego" !
Ojciec sobie poszedł, z Michałem jakąś podłogę składają. Lody na deser. I jakaś dziewczynka otwiera okno, wychyla się i krzyczy:
Dziewczynka: Michał ! Michał ! Chcesz lodzika ?
Michał w śmiech, jak my wszyscy. Jedynie ojciec jeszcze nie leży na ziemi i nie pęka ze śmiechu.
Ojciec: Michał już po lodziku, teraz pracuje !
Chłopiec: Ciociu, co z tym mastodontem ? Narysuje mi ciocia ?
Ja: No dobrze, a wiesz jak wygląda mastodont ?
Chłopiec: Taki słoń. Tylko już nie żyje.
Ja: Bo wyginął. To nie wolisz słonia żebym Ci narysowała ?
Chłopiec: Nie, wolę mastodonta.
Ja: No dobrze, a czym się różni słoń od mastodonta ?
Chłopiec: Nie wiem. Ale mastodont fajniej brzmi.
Byłam na chwilę u Tatusia a więc i do przedszkola musiałam zajrzeć. Dzieciaki mnie rozbrajają.
Łazi jakaś dziewczynka, ciągle coś marudzi. Trzyma włos w łapkach i z nim łazi. A Hanka do niej "chcesz nitkę ? jaki chcesz kolor nitki ?" I jej daje niebieską.
Ja: Po co jej nitka ?
Hanka: Ona ma jakieś problemy emocjonalne, włosy sobie wyrywa i je gryzie potem, już raz miała taki goły placek na głowie.
OMG.
Przyjeżdża dwóch policjantów i stoją pod przedszkolem. Karolina do nich wychodzi co chcą. Bo właścicielka przedszkola dzwoniła żeby przyszli, zrobili dzieciakom pogadankę. Się wykręcali że nie ma kiedy, ale komendant im kazał to jednak przyjechali.
Policjant: No to powiedzcie mi dzieci, czy wiecie, czym się zajmują policjanci ?
Dzieci chórem: Mandatami !
My w śmiech, policjanci zbaranieli.
Wyciągają te wszystkie kajdanki, pałki. Jakaś dziewuszka nie mogła się dopchać do kajdanek to sobie zdjęła rajstopy i się do nogi stołu przywiązała.
Policjant pokazuje kamizelkę odblaskową.
Dziecko: Eeeeeee, my też takie mamy ! Jak wychodzimy na spacer to zakładamy !
Policjant: To bardzo dobrze, trzeba być widocznym, zwłaszcza wieczorem !
Dziecko: Ale nasze są czystsze !
Policjant: No ta już trochę przybrudzona bo my w nich pracujemy !
Dziecko: Nasze też nie są czyste bo ostatnio lody w parku jedliśmy. Ale czystsze !
Pogadali, dzieciaki sobie porobiły zdjęcia w czapkach i sobie poszli. Catering przyjechał. Zupa z soczewicy. Karolina z Ewką latają i roznoszą talerzyki, ojciec już się rozsiadł z dzieciakami przy stole, łyżka i zaczyna wiosłować. I go dzieciak zgasił szybciutko.
Dzieciak: Jeszcze nie jemy !
Ojciec: Dlaczego ?!
Dzieciak: Bo nie było "smacznego" !
Ojciec sobie poszedł, z Michałem jakąś podłogę składają. Lody na deser. I jakaś dziewczynka otwiera okno, wychyla się i krzyczy:
Dziewczynka: Michał ! Michał ! Chcesz lodzika ?
Michał w śmiech, jak my wszyscy. Jedynie ojciec jeszcze nie leży na ziemi i nie pęka ze śmiechu.
Ojciec: Michał już po lodziku, teraz pracuje !
Chłopiec: Ciociu, co z tym mastodontem ? Narysuje mi ciocia ?
Ja: No dobrze, a wiesz jak wygląda mastodont ?
Chłopiec: Taki słoń. Tylko już nie żyje.
Ja: Bo wyginął. To nie wolisz słonia żebym Ci narysowała ?
Chłopiec: Nie, wolę mastodonta.
Ja: No dobrze, a czym się różni słoń od mastodonta ?
Chłopiec: Nie wiem. Ale mastodont fajniej brzmi.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Hanka mi marudzi, że się Rafał zmienił przez ostatnie dwa tygodnie. I tak i tak nic między nimi nie było ale to że się zmienił to i ja zauważyłam. Kiedyś jak grali bachatę to się go nie dało z parkietu ściągnąć. Teraz tańczy ale tak jakoś rzadziej. Na imprezie u Eweliny ktoś nas zapytał czy jesteśmy rodzeństwem bo "macie taką relację, tańczycie ze wszystkimi, żadnej zazdrości, ja sobie, Ty sobie, ale jakby co to możesz na mnie liczyć." I fakt, że gdzieś to znikło. Tyle że mnie to zupełnie nie obeszło.
Hanka: Może on kogoś ma ?
Ja: Może ma. Ta Olka się nie kręciła ostatnio za często obok niego ?
Hanka: One się wszystkie koło niego kręcą. Weź z nim pogadaj.
Ja: Ale my nie gadamy o takich rzeczach !
Hanka: Ty masz z nim lepszy kontakt, Tobie powie !
Ja: Ale co ? Mam go nagle zapytać czy kogoś ma ? Jak to będzie wyglądało ?
Hanka: To o czym wy gadacie ?
Ja: No nie wiem, trochę o tańcu, o sporcie, o siłowni, o rowerach, o komputerach, o pracy, o Pawle i jego głupocie. Ale nie o jakiś prywatnych sprawach. On mnie nie pyta o takie rzeczy, to co, nagle ja mam go pytać ?!
Ale Hanka ma tak podły humor, że już chyba lżej jej będzie jak się dowie o co chodzi. Na imprezę nie pojechała, po zajęciach wyszła załamana.
A ja, Rafał i Buc pojechaliśmy. Stoimy na balkonie chyba przez godzinę, Paweł wypowiada swoje zdanie o każdej przechodzącej dziewczynie. Od ubioru przez kilka kilo nadwagi do takich rzeczy, że uszy więdły.
Buc: O, ta jaka ładna ! Jezu ! Myślicie, że tańczy ?
Rafał: Ale co, po ubiorze mamy to wywnioskować ? Przyszła na imprezę taneczną to chyba tańczy.
Buc: Ale taka ładna to chyba wymiata, nie ?
Ja: Ale to Ty prowadzisz ! Więc nawet jak wymiata to się specjalnie nie skompromitujesz.
Buc: Ktoś ją zna od nas ?
Ja: Chcesz jej numer telefonu ? To Ci zaraz przyniosę.
Buc: Ale jak ?
Ja: Przez te... 18 lat byłam kobietą, to wiem jak to zrobić. Jakbym teraz została facetem to bym wyrwała wszystko.
Buc: Ty, to weź mnie naucz, sam ten numer wyciągnę jak będę umiał !
Ale za chwilę się pojawia kolega z poniedziałku. Dołączył na ostatnich zajęciach bo weszliśmy na wyższe levele i parę nowych twarzy się pojawiło.
Rafał: A Ty na którym poziomie jesteś normalnie ? S czy Z już ?
Ja: Z ! Ty byłeś P9, on jest Z20, jak nic !
Kolega: Ty chyba też cały alfabet zjadłaś, co ?
Ja: Co Ty, ja tańczę krócej od nich.
Kolega: No chyba żartujesz ! Na zajęciach jesteś Ty i długo długo nic !
Ja: Dzięki ! Ty też Rafała z podium zrzuciłeś !
I się okazuje, że kolega tę dziewczynę zna więc zaraz poszedł jej Buca przedstawić. Więc zostałam z Rafałem na balkonie i najdelikatniej jak się dało, niby od niechcenia zaczęłam tę rozmowę. Niestety się potwierdziło. Zna ją od dwóch tygodni właśnie. Hanka się powiesi chyba. Dziewczyna podobno nie tańczy. Już się prawie poskładałam ze śmiechu. Skończy z nią szybciej niż zaczął. Tyle dobrego. Najgorsze, że po tej rozmowie ja się też nie umiem odnaleźć. Zawsze najwięcej razem tańczyliśmy, ja to jego prowadzenie ogarniałam choćby mi oczy zawiązali. Nie obchodziło mnie czy kogoś ma czy nie, nadal mnie nie obchodzi. Ale tak jakoś jest inaczej. I w sumie nic to nie zmienia w moim życiu, przecież i tak będziemy tańczyć. Ale jakoś jest inaczej.
Hanka: Może on kogoś ma ?
Ja: Może ma. Ta Olka się nie kręciła ostatnio za często obok niego ?
Hanka: One się wszystkie koło niego kręcą. Weź z nim pogadaj.
Ja: Ale my nie gadamy o takich rzeczach !
Hanka: Ty masz z nim lepszy kontakt, Tobie powie !
Ja: Ale co ? Mam go nagle zapytać czy kogoś ma ? Jak to będzie wyglądało ?
Hanka: To o czym wy gadacie ?
Ja: No nie wiem, trochę o tańcu, o sporcie, o siłowni, o rowerach, o komputerach, o pracy, o Pawle i jego głupocie. Ale nie o jakiś prywatnych sprawach. On mnie nie pyta o takie rzeczy, to co, nagle ja mam go pytać ?!
Ale Hanka ma tak podły humor, że już chyba lżej jej będzie jak się dowie o co chodzi. Na imprezę nie pojechała, po zajęciach wyszła załamana.
A ja, Rafał i Buc pojechaliśmy. Stoimy na balkonie chyba przez godzinę, Paweł wypowiada swoje zdanie o każdej przechodzącej dziewczynie. Od ubioru przez kilka kilo nadwagi do takich rzeczy, że uszy więdły.
Buc: O, ta jaka ładna ! Jezu ! Myślicie, że tańczy ?
Rafał: Ale co, po ubiorze mamy to wywnioskować ? Przyszła na imprezę taneczną to chyba tańczy.
Buc: Ale taka ładna to chyba wymiata, nie ?
Ja: Ale to Ty prowadzisz ! Więc nawet jak wymiata to się specjalnie nie skompromitujesz.
Buc: Ktoś ją zna od nas ?
Ja: Chcesz jej numer telefonu ? To Ci zaraz przyniosę.
Buc: Ale jak ?
Ja: Przez te... 18 lat byłam kobietą, to wiem jak to zrobić. Jakbym teraz została facetem to bym wyrwała wszystko.
Buc: Ty, to weź mnie naucz, sam ten numer wyciągnę jak będę umiał !
Ale za chwilę się pojawia kolega z poniedziałku. Dołączył na ostatnich zajęciach bo weszliśmy na wyższe levele i parę nowych twarzy się pojawiło.
Rafał: A Ty na którym poziomie jesteś normalnie ? S czy Z już ?
Ja: Z ! Ty byłeś P9, on jest Z20, jak nic !
Kolega: Ty chyba też cały alfabet zjadłaś, co ?
Ja: Co Ty, ja tańczę krócej od nich.
Kolega: No chyba żartujesz ! Na zajęciach jesteś Ty i długo długo nic !
Ja: Dzięki ! Ty też Rafała z podium zrzuciłeś !
I się okazuje, że kolega tę dziewczynę zna więc zaraz poszedł jej Buca przedstawić. Więc zostałam z Rafałem na balkonie i najdelikatniej jak się dało, niby od niechcenia zaczęłam tę rozmowę. Niestety się potwierdziło. Zna ją od dwóch tygodni właśnie. Hanka się powiesi chyba. Dziewczyna podobno nie tańczy. Już się prawie poskładałam ze śmiechu. Skończy z nią szybciej niż zaczął. Tyle dobrego. Najgorsze, że po tej rozmowie ja się też nie umiem odnaleźć. Zawsze najwięcej razem tańczyliśmy, ja to jego prowadzenie ogarniałam choćby mi oczy zawiązali. Nie obchodziło mnie czy kogoś ma czy nie, nadal mnie nie obchodzi. Ale tak jakoś jest inaczej. I w sumie nic to nie zmienia w moim życiu, przecież i tak będziemy tańczyć. Ale jakoś jest inaczej.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Położyłam się o 8 rano bo Hanka odkąd wróciłam zasypywała mi komunikator wiadomościami. 4h wałkowania tematu. Jakby było co wałkować. Skończyło się to dla niej najlepiej jak mogło. Tyle że jeszcze tego nie widzi. Wstałam o 12. Kilka godzin zajęło żeby mnie doprowadzić od całkiem niezłego humoru do rozsypki kompletnej.
Hanka o 15 pisze, że jedzie na crash kurs bachaty i żebym z nią pojechała. No dobra, może już nie będę tańczyć z Rafałem, trzeba ogarniać jak najwięcej. Nawet się nie spóźniamy. Hanka się zaraz rozryczy jak amen w pacierzu. A mi się ten nastrój udziela. Pierwszy kawałek po rozgrzewce. Ulubiony kawałek Rafała. Patrzę na Hankę. Uffff, nie wiedziała. To spokojnie, nic się nie dzieje. Kilka znajomych twarzy. Ale jednak crash kurs więc poziom P1. Cofnąć się w rozwoju z P3 jest za trudno. Nie ciężko się pokapować, że ja to wszystko świetnie umiem. Ale nie cwaniaczę, jak ktoś chce żebym go nauczyła to uczę, jak nic nie mówi to niech sobie prowadzi co chce. A drewna wśród facetów jest całe mnóstwo. Chociaż na P3 wcale nie jest lepiej. A przynajmniej mi się tak wydaje bo tańczę na pewno na dużo wyższym levelu. Po godzinie to ja bym już stamtąd najchętniej wyszła, w sumie to się tylko meczę. Ale Hance się humor z minuty na minutę poprawia. Dużo słabsza jest, może coś z tych zajęć wyciągnie. Ostatnie 15 minut, dołączają instruktorzy. Nareszcie będzie okazja zatańczyć z kimś ogarniającym. Przelecieliśmy wszystkie te figury z zajęć, na koniec on się tylko uśmiecha i dziękuje. "A jakiś feedback ? Co jest ?
" i odpowiedź "nie mam czego powiedzieć, dobrze wszystko było." Wow. No to ja też mam lepszy humor.
Wychodzimy. Jutro na ten kurs nie dotrę na pewno, mam chrzciny na wsi. Wieczorem LaPlaya. I koniecznie chcę tam być. Hanka też mówi, że będzie bo musi sobie humor poprawić. Kurde, jak było wszystko ok i mogła sobie tego Rafała podrywać to nie jeździła bo jej się nie chciało albo nie miała nastroju. Jak już po zawodach to nagle będzie jeździła wszędzie.
Hanka mnie odwozi. W sumie to się sama odwożę, bo jak ona ma wybór czy ja prowadzę czy ona to zawsze pada na mnie. Co mnie też poniekąd cieszy bo ona jeździ dramatycznie.
Ja: Jak się czujesz ?
Hanka: A jak mam się czuć ? Jak Ty to mówisz "jakby mnie ktoś zamówił i nie odebrał."
Ja: Cierpliwości, to jeszcze nie koniec, tylko potem się weź za robotę a nie tylko się gapisz na niego.
Hanka: No jak nie koniec ?!
Ja: Dziewczyna nie tańczy. W końcu mu to zacznie przeszkadzać. Może ją niestety próbować nauczyć ale jest spore prawdopodobieństwo, że go to raczej zacznie irytować, za wysoko zaszedł żeby od zera kogoś uczyć. Więc raczej z nią skończy szybciej niż zaczął. A dwa tygodnie to jakoś za krótko żeby się do niej nieodwracalnie przywiązał. Wytrzymaj, it won't be long now.
Hanka o 15 pisze, że jedzie na crash kurs bachaty i żebym z nią pojechała. No dobra, może już nie będę tańczyć z Rafałem, trzeba ogarniać jak najwięcej. Nawet się nie spóźniamy. Hanka się zaraz rozryczy jak amen w pacierzu. A mi się ten nastrój udziela. Pierwszy kawałek po rozgrzewce. Ulubiony kawałek Rafała. Patrzę na Hankę. Uffff, nie wiedziała. To spokojnie, nic się nie dzieje. Kilka znajomych twarzy. Ale jednak crash kurs więc poziom P1. Cofnąć się w rozwoju z P3 jest za trudno. Nie ciężko się pokapować, że ja to wszystko świetnie umiem. Ale nie cwaniaczę, jak ktoś chce żebym go nauczyła to uczę, jak nic nie mówi to niech sobie prowadzi co chce. A drewna wśród facetów jest całe mnóstwo. Chociaż na P3 wcale nie jest lepiej. A przynajmniej mi się tak wydaje bo tańczę na pewno na dużo wyższym levelu. Po godzinie to ja bym już stamtąd najchętniej wyszła, w sumie to się tylko meczę. Ale Hance się humor z minuty na minutę poprawia. Dużo słabsza jest, może coś z tych zajęć wyciągnie. Ostatnie 15 minut, dołączają instruktorzy. Nareszcie będzie okazja zatańczyć z kimś ogarniającym. Przelecieliśmy wszystkie te figury z zajęć, na koniec on się tylko uśmiecha i dziękuje. "A jakiś feedback ? Co jest ?
Wychodzimy. Jutro na ten kurs nie dotrę na pewno, mam chrzciny na wsi. Wieczorem LaPlaya. I koniecznie chcę tam być. Hanka też mówi, że będzie bo musi sobie humor poprawić. Kurde, jak było wszystko ok i mogła sobie tego Rafała podrywać to nie jeździła bo jej się nie chciało albo nie miała nastroju. Jak już po zawodach to nagle będzie jeździła wszędzie.
Hanka mnie odwozi. W sumie to się sama odwożę, bo jak ona ma wybór czy ja prowadzę czy ona to zawsze pada na mnie. Co mnie też poniekąd cieszy bo ona jeździ dramatycznie.
Ja: Jak się czujesz ?
Hanka: A jak mam się czuć ? Jak Ty to mówisz "jakby mnie ktoś zamówił i nie odebrał."
Ja: Cierpliwości, to jeszcze nie koniec, tylko potem się weź za robotę a nie tylko się gapisz na niego.
Hanka: No jak nie koniec ?!
Ja: Dziewczyna nie tańczy. W końcu mu to zacznie przeszkadzać. Może ją niestety próbować nauczyć ale jest spore prawdopodobieństwo, że go to raczej zacznie irytować, za wysoko zaszedł żeby od zera kogoś uczyć. Więc raczej z nią skończy szybciej niż zaczął. A dwa tygodnie to jakoś za krótko żeby się do niej nieodwracalnie przywiązał. Wytrzymaj, it won't be long now.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Poszłam jeszcze w sobotę wieczorem pobiegać. Nawet dwa razy. Pierwszy raz krótko, jedno kółeczko, coś ponad kilometr. Mam pojechać po matkę do pracy o północy to jeszcze zdążę raz pójść. I następne 3 kółka. Trzeba się zbierać a jestem w najodleglejszym punkcie. Z kilometr do domu.
-O nie nie nie ! - pomyślały nogi przypominając, że mają za sobą crash kurs bachaty, wcześniejsze bieganie i jeszcze teraz trzy kółeczka.
-Jedziemy, nie śpimy - pomyślał rozum, zmuszając resztką silnej woli nogi do pracy.
Siedziałam u matki jakoś do 1:30. O 2:30 poszłam spać. Zasnęłam w locie do poduszki. O 4:00 pobudka.
-Ała ! - pomyślały nogi wspominając wczorajszy kurs i bieganie.
-Aaałłłłaaa !!!!!! - pomyślał brzuch wspominając wczorajsze fale, drzewa i inne rolle z zajęć.
-Jedziemy, nie śpimy - pomyślał rozum podnosząc ciało do góry.
Jadę na chrzciny, pojadę trochę wcześniej, zdążę zobaczyć co się na moich hektarach dzieje. Uprasowałam sobie sukienkę. I myślę co uprasować na wypadek gdyby było zimno. Może koszula. Nieeee... To przeglądam szafę; jakaś marynarka, której nie trzeba prasować. To ją sobie odkładam na kanapę na stos rzeczy do zabrania. I zbieram się dalej. O 6:15 wyjechałam. 150 km, 7:35 jestem na miejscu.
-Kurde, wyłączyłam żelazko ?! - pomyślały ręce próbując sobie przypomnieć ciąg manualnych wydarzeń tego poranka.
-Kurde, wracamy ! - pomyślał nadgarstek przekręcając z powrotem kluczyk w stacyjce.
-Nie no... Musiałam wyłączyć. A jakby co to przecież żelazko nie jest jakieś epokowe, jak się nagrzeje do określonej temperatury to się samo wyłącza i włącza z powrotem jak tę temperaturę wytraci. - pomyślał rozum analizując na szybko, że jeśli wrócę a ruch na drogach będzie większy to na chrzest już na pewno nie zdążę, mimo, że jest dopiero na 11:00.
Wysiadam. Może jeszcze śpią, nie będę ich budzić. Najadłam się wiśni spod domu i na spacer na pole. Pierwsza łąka elegancko, ktoś tu krowy przyprowadzał, bo leży kilka placków, ale trawka równa, zielona, przystrzyżona. Pole spoko, obsiane, żyto jeszcze surowe ale lada moment do zbioru. Dochodzę do łąki. Masakra. Teren podmokły więc nierówno i wszędzie wodna roślinność. Przeszłam przez połowę, do lasu nie dotarłam, zdezerterowałam. Chaszcze po łeb, po szyję, strach nogę postawić bo nie wiadomo czy górka czy dołek. I cała ta łąka chodzi albo lata wszelkim możliwym polnym robactwem. O ile to nie chrabąszcze to nie jestem specjalnie wrażliwa. Krowy się tam wpuścić nie da. Ja mam nogi tylko dwie, krowa ma cztery i jak każdą postawi na innej wysokości terenu to nie będzie zbyt fajnie wyglądać. Poza tym, że kiedyś z taką krową co źle nogi postawiła miałam do czynienia i się od tego pochorowała. Ciągnikiem się nie przejedzie bo nierówno, kosiarką się nie skosi bo nie wiadomo gdzie grunt i czy z wodą czy bez. Następnym razem kupię sekator, ze stodoły wezmę grabie i taczkę i to kawałek po kawałku ręcznie powycinam. Wracam przez las, kończąc śniadanko malinami prosto "ze krzaczka." Nie pryskane, mniam mniam, pewnie świeże mięsko w środku. I do Beaty na działkę sprawdzić te gruszki co je tak uwielbiałam jak byłam mała. Jeszcze miesiąca im potrzeba
Beata mnie wypatrzyła i mnie woła. Oglądam ten jej domek holenderski. Fajna sprawa. Wodę podciągnęła, prąd podciągnęła. Ameryka. Jej córka nam robi jakieś prawdziwe śniadanie i niedługo zaczynamy się zbierać. Chrzciny jak chrzciny. Raz na rok kościół jest zupełnie do przeżycia. Coś jak atrakcja turystyczna. Do meczetu czy do cerkwi człowiek też nie chce wejść się modlić ale żeby pooglądać i zobaczyć jak to się odbywa. Kościół raz na rok poszerza horyzonty myślowe, bez kitu. Ze zdumieniem to przedstawienie oglądałam.
Jedziemy jeszcze na obiad do jakiegoś lokalu. Pogadaliśmy chwilę. Jest 14:30. Ej, jak się mocno postaram to się na crash kurs bachaty wyrobię na 16:00 !
-No to sru - pomyślała prawa noga dociskając gaz.
-No to sru - pomyślał rozum widząc kawałek autostrady.
Już prawie pod domem, zdążę sprawdzić to żelazko, zabrać buty do tańca i zdążę na zajęcia.
A przed domem... Dwa wozy strażackie, karetka pogotowia i tłum gapiów.
-O kur*a... - pomyślały ręce opadając.
-O kur*a... - pomyślały nogi przystając niezdolne do dalszego ruchu.
-O kur*a... - pomyślał rozum.
Na szczęście nie przyjechali do mnie. Ktoś miał widocznie żelazko starszego typu. Chyba, że to znowu film kręcą, bo ostatnio przez osiedle nie sposób przejść, wszędzie wozy ze sprzętem albo przyczepy z garderobą, albo akurat ktoś się drze pod oknem "akcja ! stop ! akcja ! stop !" i tak od świtu do nocy.
Hanka przyjechała z mężem. On nie umie kompletnie nic. Choć to normalne, na tym kursie jest może ze dwóch facetów, z którymi warto zatańczyć, żeby sprawdzić czy się daję dobrze prowadzić. A ze dwóch jest takich, że nawet jak robią tylko basic to się męczę przeokrutnie. Reszta tańczy słabo ale się stara, ma ambicje i chęć do słuchania konstruktywnej krytyki. Ale dziś mamy o jedną kobietę za dużo więc instruktor dołącza jak tylko skończy tłumaczyć, żeby wyrównać dysproporcje. I to jest jedyny pozytyw tego crash kursu. Za pierwszym razem znowu przelecieliśmy wszystkie figury które były, co skwitował słowem "super!" Za drugim już tylko podszedł i mówi "dobra, zrobimy coś nowego, możesz nie umieć bo to z poziomu S2 dopiero" i mi coś tam podpowiedział do tego. Za trzecim razem znowu jakaś nowa figura. Więc wyciągnęłam z tego crash kursu tyle, że sobie naprawdę opanowałam podstawy do perfekcji i dodatkowo ogarnęłam dwie dodatkowe figury z wyższych poziomów. Hanka też zadowolona bo jej instruktor w miarę dobrze falę wytłumaczył i Hanka się cieszy, że zaczyna ją ogarniać. Dwóch facetów niby przeszło całe P1 w dwa weekendy, ale w praktyce to oni są nadal P0. Unikać ich na imprezach jeśli wpadną na pomysł gdzieś przyjść.
Piotrek się dziwi dlaczego jest taka różnica w tańcu między mną a Hanką. Hanka mu mówi, że ja tańczę 8 dni w tygodniu. Wcale nie 8. Ale fakt, ten kurs to tylko P1, absolutne podstawy, ja już każdą z tych figur przewałkowałam na parkietach po tysiąc razy. Chociaż fala akurat mi wyszła już za pierwszym razem bardzo fajnie, Hanka nadal jak zespawana od pasa w górę.
O 18 kończymy kurs, gadamy z godzinę w samochodzie i jedziemy do LaPlaya. Ja mówię, że trafię na spokojnie, Hanka mówi, że odpali nawigację. Mamy się spotkać przed wejściem, kto pierwszy dojedzie ten czeka. To jadę spokojnie, już jestem prawie na miejscu. Dzwoni Hanka. Co jest ? już są i się niecierpliwią ? Nawigacja im jakąś lepszą trasę ogarnęła ? Kurde, co jest ? A Hanka mówi, że im się samochód zepsuł, coś zaśmierdziało na całe auto i samochód nie odpala. No dobra, to się po nich wracam. Ogarnęli w międzyczasie Michała, jak wróci do Konstancina to po godzinie może ruszyć do Warszawy i im pomóc.
Siedzimy w LaPlaya. Rafała nie ma. Ale podobno jest wszędzie. Przynajmniej Hanka twierdzi, że ma nerwicę natręctw i że wszędzie go widzi. Mi tego typu pomysły nawet do głowy nie przyjdą bo dziś tańczę z zupełnie przypadkowymi facetami i idzie mi świetnie ! To żadna sztuka ogarniać prowadzenie znajomych z któregokolwiek kursu. Ale tańczyć dobrze z losowym facetem, który był na innym kursie i nie wiadomo na jakim poziomie to jest fajny sprawdzian. Co tam Rafał. Jego już znam na pamięć.
Hanka: Coś wymyśliłaś w trasie w związku z Rafałem ?
Ja: Że w sumie fajnie by było, jakby ta laska mu zabroniła tańczyć. Przez miesiąc byś go nie widziała to by Ci szybko przeszło. A po miesiącu nietańczenia to on by ją odstawił skąd wziął i wrócił szczęśliwy, że Cię widzi. Tyle, że Ciebie już by to nie obchodziło.
Hanka: 3 godziny w drodze i tylko to wymyśliłaś ?
Ja: A to mało ? Ja mam o czym myśleć, dziewczyno ! Rafał jest na końcu tej listy. Różnica między nami jest taka, że ja kocham tańczyć a nie kocham jakiegoś tam tancerza.
Ciągają nas też na kizombę. Coś tam z tego już ogarniam, na kursie nie byłam, ale jak się nie umie szybko uciekać na Miedzianej to praktyka idzie. Chyba sprawdzę czy da się nauczyć tańczyć bez kursu. Pomysł dobry tylko dla kobiet. W sumie to jeszcze nie wiem czy dobry.
Hanka mnie męczy żebym ją nauczyła przynajmniej podstawowy z tej kizomby. Lol. No dobra, coś tam umiem poza podstawowym.
Hanka: Ale Ty dobra jesteś z tego !
Ja: Lepiej prowadzę niż sama tańczę, wierz mi
Co 15 minut wychodzę do samochodu sprawdzić telefon. Matkę mam odebrać o północy ale czasem jej się zdarza wyjść wcześniej. I ona oczywiście dzwoniła o 22:32. Po czym o 22:34 wysłała SMSa "wielkie dzięki, już zamówiłam taksówkę." Sprawdziłam telefon o 22:41. Dzwonię a ona z awanturą. No rzeczywiście ma powód. Wkurzona jak osa ciskam tym telefonem z powrotem do torebki, trzaskam bagażnikiem i wracam tańczyć. Przenosimy się z parkietu sensual na salsę. I ogarniamy, że na złym parkiecie byliśmy. Tam grają tylko bachatę i kizombę, tu mamy salsę liniową, kubańską i bachatę. Ale najmniej cubany. Spotykamy Norberta z zajęć poniedziałkowych. Zamieniamy z nim parę słów, po czym Hanka z Piotrem idą tańczyć salsę. Nie no, nie zostawiajcie mnie samej z Norbertem, plis ! Ale Norbercik już szczerzy ząbki z pytaniem "to co ? linióweczka ?" Tańczy sam z siebie dobrze ale jest dość wymiarowy i nie zostawia żadnej wolności. Absolutnie żadnej. W bachacie on niemal przenosi dziewczynę z miejsca na miejsce. Nic nie trzeba umieć bo i tak nie będzie okazji nogi na ziemi postawić. W salsie jest niewiele lepiej, bo strasznie szarpie. Jak się kiedyś nauczy figury, której ja nie znam to mi albo wyrwie rękę albo złamie kręgosłup.
Przyjechał Michał, zabrał Hankę i Piotrka, ja wróciłam sama. Nie tak źle bez tego Rafała. Zawsze znajdzie się ktoś kto ze mną zatańczy.
-O nie nie nie ! - pomyślały nogi przypominając, że mają za sobą crash kurs bachaty, wcześniejsze bieganie i jeszcze teraz trzy kółeczka.
-Jedziemy, nie śpimy - pomyślał rozum, zmuszając resztką silnej woli nogi do pracy.
Siedziałam u matki jakoś do 1:30. O 2:30 poszłam spać. Zasnęłam w locie do poduszki. O 4:00 pobudka.
-Ała ! - pomyślały nogi wspominając wczorajszy kurs i bieganie.
-Aaałłłłaaa !!!!!! - pomyślał brzuch wspominając wczorajsze fale, drzewa i inne rolle z zajęć.
-Jedziemy, nie śpimy - pomyślał rozum podnosząc ciało do góry.
Jadę na chrzciny, pojadę trochę wcześniej, zdążę zobaczyć co się na moich hektarach dzieje. Uprasowałam sobie sukienkę. I myślę co uprasować na wypadek gdyby było zimno. Może koszula. Nieeee... To przeglądam szafę; jakaś marynarka, której nie trzeba prasować. To ją sobie odkładam na kanapę na stos rzeczy do zabrania. I zbieram się dalej. O 6:15 wyjechałam. 150 km, 7:35 jestem na miejscu.
-Kurde, wyłączyłam żelazko ?! - pomyślały ręce próbując sobie przypomnieć ciąg manualnych wydarzeń tego poranka.
-Kurde, wracamy ! - pomyślał nadgarstek przekręcając z powrotem kluczyk w stacyjce.
-Nie no... Musiałam wyłączyć. A jakby co to przecież żelazko nie jest jakieś epokowe, jak się nagrzeje do określonej temperatury to się samo wyłącza i włącza z powrotem jak tę temperaturę wytraci. - pomyślał rozum analizując na szybko, że jeśli wrócę a ruch na drogach będzie większy to na chrzest już na pewno nie zdążę, mimo, że jest dopiero na 11:00.
Wysiadam. Może jeszcze śpią, nie będę ich budzić. Najadłam się wiśni spod domu i na spacer na pole. Pierwsza łąka elegancko, ktoś tu krowy przyprowadzał, bo leży kilka placków, ale trawka równa, zielona, przystrzyżona. Pole spoko, obsiane, żyto jeszcze surowe ale lada moment do zbioru. Dochodzę do łąki. Masakra. Teren podmokły więc nierówno i wszędzie wodna roślinność. Przeszłam przez połowę, do lasu nie dotarłam, zdezerterowałam. Chaszcze po łeb, po szyję, strach nogę postawić bo nie wiadomo czy górka czy dołek. I cała ta łąka chodzi albo lata wszelkim możliwym polnym robactwem. O ile to nie chrabąszcze to nie jestem specjalnie wrażliwa. Krowy się tam wpuścić nie da. Ja mam nogi tylko dwie, krowa ma cztery i jak każdą postawi na innej wysokości terenu to nie będzie zbyt fajnie wyglądać. Poza tym, że kiedyś z taką krową co źle nogi postawiła miałam do czynienia i się od tego pochorowała. Ciągnikiem się nie przejedzie bo nierówno, kosiarką się nie skosi bo nie wiadomo gdzie grunt i czy z wodą czy bez. Następnym razem kupię sekator, ze stodoły wezmę grabie i taczkę i to kawałek po kawałku ręcznie powycinam. Wracam przez las, kończąc śniadanko malinami prosto "ze krzaczka." Nie pryskane, mniam mniam, pewnie świeże mięsko w środku. I do Beaty na działkę sprawdzić te gruszki co je tak uwielbiałam jak byłam mała. Jeszcze miesiąca im potrzeba
Beata mnie wypatrzyła i mnie woła. Oglądam ten jej domek holenderski. Fajna sprawa. Wodę podciągnęła, prąd podciągnęła. Ameryka. Jej córka nam robi jakieś prawdziwe śniadanie i niedługo zaczynamy się zbierać. Chrzciny jak chrzciny. Raz na rok kościół jest zupełnie do przeżycia. Coś jak atrakcja turystyczna. Do meczetu czy do cerkwi człowiek też nie chce wejść się modlić ale żeby pooglądać i zobaczyć jak to się odbywa. Kościół raz na rok poszerza horyzonty myślowe, bez kitu. Ze zdumieniem to przedstawienie oglądałam.
Jedziemy jeszcze na obiad do jakiegoś lokalu. Pogadaliśmy chwilę. Jest 14:30. Ej, jak się mocno postaram to się na crash kurs bachaty wyrobię na 16:00 !
-No to sru - pomyślała prawa noga dociskając gaz.
-No to sru - pomyślał rozum widząc kawałek autostrady.
Już prawie pod domem, zdążę sprawdzić to żelazko, zabrać buty do tańca i zdążę na zajęcia.
A przed domem... Dwa wozy strażackie, karetka pogotowia i tłum gapiów.
-O kur*a... - pomyślały ręce opadając.
-O kur*a... - pomyślały nogi przystając niezdolne do dalszego ruchu.
-O kur*a... - pomyślał rozum.
Na szczęście nie przyjechali do mnie. Ktoś miał widocznie żelazko starszego typu. Chyba, że to znowu film kręcą, bo ostatnio przez osiedle nie sposób przejść, wszędzie wozy ze sprzętem albo przyczepy z garderobą, albo akurat ktoś się drze pod oknem "akcja ! stop ! akcja ! stop !" i tak od świtu do nocy.
Hanka przyjechała z mężem. On nie umie kompletnie nic. Choć to normalne, na tym kursie jest może ze dwóch facetów, z którymi warto zatańczyć, żeby sprawdzić czy się daję dobrze prowadzić. A ze dwóch jest takich, że nawet jak robią tylko basic to się męczę przeokrutnie. Reszta tańczy słabo ale się stara, ma ambicje i chęć do słuchania konstruktywnej krytyki. Ale dziś mamy o jedną kobietę za dużo więc instruktor dołącza jak tylko skończy tłumaczyć, żeby wyrównać dysproporcje. I to jest jedyny pozytyw tego crash kursu. Za pierwszym razem znowu przelecieliśmy wszystkie figury które były, co skwitował słowem "super!" Za drugim już tylko podszedł i mówi "dobra, zrobimy coś nowego, możesz nie umieć bo to z poziomu S2 dopiero" i mi coś tam podpowiedział do tego. Za trzecim razem znowu jakaś nowa figura. Więc wyciągnęłam z tego crash kursu tyle, że sobie naprawdę opanowałam podstawy do perfekcji i dodatkowo ogarnęłam dwie dodatkowe figury z wyższych poziomów. Hanka też zadowolona bo jej instruktor w miarę dobrze falę wytłumaczył i Hanka się cieszy, że zaczyna ją ogarniać. Dwóch facetów niby przeszło całe P1 w dwa weekendy, ale w praktyce to oni są nadal P0. Unikać ich na imprezach jeśli wpadną na pomysł gdzieś przyjść.
Piotrek się dziwi dlaczego jest taka różnica w tańcu między mną a Hanką. Hanka mu mówi, że ja tańczę 8 dni w tygodniu. Wcale nie 8. Ale fakt, ten kurs to tylko P1, absolutne podstawy, ja już każdą z tych figur przewałkowałam na parkietach po tysiąc razy. Chociaż fala akurat mi wyszła już za pierwszym razem bardzo fajnie, Hanka nadal jak zespawana od pasa w górę.
O 18 kończymy kurs, gadamy z godzinę w samochodzie i jedziemy do LaPlaya. Ja mówię, że trafię na spokojnie, Hanka mówi, że odpali nawigację. Mamy się spotkać przed wejściem, kto pierwszy dojedzie ten czeka. To jadę spokojnie, już jestem prawie na miejscu. Dzwoni Hanka. Co jest ? już są i się niecierpliwią ? Nawigacja im jakąś lepszą trasę ogarnęła ? Kurde, co jest ? A Hanka mówi, że im się samochód zepsuł, coś zaśmierdziało na całe auto i samochód nie odpala. No dobra, to się po nich wracam. Ogarnęli w międzyczasie Michała, jak wróci do Konstancina to po godzinie może ruszyć do Warszawy i im pomóc.
Siedzimy w LaPlaya. Rafała nie ma. Ale podobno jest wszędzie. Przynajmniej Hanka twierdzi, że ma nerwicę natręctw i że wszędzie go widzi. Mi tego typu pomysły nawet do głowy nie przyjdą bo dziś tańczę z zupełnie przypadkowymi facetami i idzie mi świetnie ! To żadna sztuka ogarniać prowadzenie znajomych z któregokolwiek kursu. Ale tańczyć dobrze z losowym facetem, który był na innym kursie i nie wiadomo na jakim poziomie to jest fajny sprawdzian. Co tam Rafał. Jego już znam na pamięć.
Hanka: Coś wymyśliłaś w trasie w związku z Rafałem ?
Ja: Że w sumie fajnie by było, jakby ta laska mu zabroniła tańczyć. Przez miesiąc byś go nie widziała to by Ci szybko przeszło. A po miesiącu nietańczenia to on by ją odstawił skąd wziął i wrócił szczęśliwy, że Cię widzi. Tyle, że Ciebie już by to nie obchodziło.
Hanka: 3 godziny w drodze i tylko to wymyśliłaś ?
Ja: A to mało ? Ja mam o czym myśleć, dziewczyno ! Rafał jest na końcu tej listy. Różnica między nami jest taka, że ja kocham tańczyć a nie kocham jakiegoś tam tancerza.
Ciągają nas też na kizombę. Coś tam z tego już ogarniam, na kursie nie byłam, ale jak się nie umie szybko uciekać na Miedzianej to praktyka idzie. Chyba sprawdzę czy da się nauczyć tańczyć bez kursu. Pomysł dobry tylko dla kobiet. W sumie to jeszcze nie wiem czy dobry.
Hanka mnie męczy żebym ją nauczyła przynajmniej podstawowy z tej kizomby. Lol. No dobra, coś tam umiem poza podstawowym.
Hanka: Ale Ty dobra jesteś z tego !
Ja: Lepiej prowadzę niż sama tańczę, wierz mi
Co 15 minut wychodzę do samochodu sprawdzić telefon. Matkę mam odebrać o północy ale czasem jej się zdarza wyjść wcześniej. I ona oczywiście dzwoniła o 22:32. Po czym o 22:34 wysłała SMSa "wielkie dzięki, już zamówiłam taksówkę." Sprawdziłam telefon o 22:41. Dzwonię a ona z awanturą. No rzeczywiście ma powód. Wkurzona jak osa ciskam tym telefonem z powrotem do torebki, trzaskam bagażnikiem i wracam tańczyć. Przenosimy się z parkietu sensual na salsę. I ogarniamy, że na złym parkiecie byliśmy. Tam grają tylko bachatę i kizombę, tu mamy salsę liniową, kubańską i bachatę. Ale najmniej cubany. Spotykamy Norberta z zajęć poniedziałkowych. Zamieniamy z nim parę słów, po czym Hanka z Piotrem idą tańczyć salsę. Nie no, nie zostawiajcie mnie samej z Norbertem, plis ! Ale Norbercik już szczerzy ząbki z pytaniem "to co ? linióweczka ?" Tańczy sam z siebie dobrze ale jest dość wymiarowy i nie zostawia żadnej wolności. Absolutnie żadnej. W bachacie on niemal przenosi dziewczynę z miejsca na miejsce. Nic nie trzeba umieć bo i tak nie będzie okazji nogi na ziemi postawić. W salsie jest niewiele lepiej, bo strasznie szarpie. Jak się kiedyś nauczy figury, której ja nie znam to mi albo wyrwie rękę albo złamie kręgosłup.
Przyjechał Michał, zabrał Hankę i Piotrka, ja wróciłam sama. Nie tak źle bez tego Rafała. Zawsze znajdzie się ktoś kto ze mną zatańczy.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Nie wyrabiałam wczoraj na zakrętach do tego stopnia, że się nie wyrobiłam na zajęcia z bachaty. Spóźniłam się ze 25 minut, stwierdziłam że już nie będę wchodzić. Hanka napisała, że jej w ogóle nie będzie bo się zapłacze na śmierć.
(Un paso me voy para siempre
Jeden krok, odchodzę na zawsze)
Siedzę sobie pod salą, słucham sobie muzyki, która z niej dobiega. Rafał się odzywa na komunikatorze.
Rafał: Czemu Cię nie ma ? Obraziłaś się po naszej piątkowej rozmowie ?
Ja: Tak. Więcej się nie zobaczymy.
A niech się chwilę pomartwi i pozastanawia o co chodzi. On się też przecież super fair nie zachował. Zmienił się praktycznie z dnia na dzień, najbardziej rozgadany chłopak świata przestał się do mnie praktycznie odzywać. Nie raczył wytłumaczyć sam z siebie o co chodzi. Nie żebym tęskniła, zorientowałam się w tym dopiero jak Hanka mi zwróciła uwagę, że się zmienił. Nie mam mu tego nawet za złe. Ale na innych nie mam kompletnie powodu ostrzyć sobie pazurków.
(Dos pasos, me voy sin mirarte
Dwa kroki, odchodzę nie patrząc na ciebie)
Rafał: Zależy mi na naszej przyjaźni. Nie sądziłem, że to może cokolwiek zmienić.
Ja: Przyjaźni ?
Przecież my nawet ze sobą nie rozmawiamy ostatnio.
Kończą się zajęcia i przychodzi jeszcze SMS od Jacka "gdzie Ty ?!" No, ktoś zawsze zauważa, że mnie nie ma, miłe.
Wchodzę na salę. Naprawdę się wszyscy cieszą, że mnie widzą. Zaraz przylatuje Rafał. Nie, nie ten. Rafał B. Jeszcze leci muzyka, chce żebym mu pokazała co było na crash kursie w niedzielę bo go nie było. Tia, najpierw niech mi pokaże co dziś było na bachacie. A on na to, że nie musi bo umiem i to umiem w tej lepszej wersji i że mi nie pokaże żebym złych nawyków nie nabrała. Ja mu też tłumaczę, że ten crash to P1 przecież i że on to wszystko umie. Odmeldowuję się u instruktorki i idę do całej reszty ludzi. Zaczepia mnie Rafał po drodze. Ten Rafał.
Rafał: Co się dzieje ? Naprawdę jesteś zła ?
Ja: Nie, no co Ty, żartowałam sobie. Wyluzuj, żółwik !
Rafał: Czemu na bachatę nie dotarłaś ?
Ja: Na randce byłam !
Rafał: Masz kogoś ?
Uśmiecham się jeszcze szerzej i mrugam tajemniczo oczkami. Idę do ludzi.
(Tres pasos ya soy hacia al este, el sur, el oeste
Trzy kroki, już podążam na wschód, na południe, zachód)
Zaraz się zaczyna, że dzisiaj był roll i że ja to umiem najlepiej i żebym pokazała. Taaa, na pewno. I czym się roll różni od fali. No na miłość boską. Fala - zaczynasz od góry i reszta w dół i od nowa. Roll - zaczynasz jak falę ale wracasz tą samą drogą. Dzisiaj to pytanie wywołuje face palm, kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia które jest które ani że w ogóle istnieją.
(Quatro pasos quiero acordarme, Quatro pasos ya sé
Cztery kroki, chcę przypomnieć sobie, Cztery kroki, już wiem)
Zaczyna się rozgrzewka do salsy a my siedzimy na tyłkach pod oknami. Rozgrzewka na leniwca - instruktorka rusza głową - my też, tyle że na siedząco. Instruktorka ramiona - my też, na siedząco. Instruktorka biodra - my się zgrywamy w którą stronę i się kołyszemy w cztery osoby na siedząco. Oczywiście nieprzytomni ze śmiechu.
Instruktorka: Aga, bo Cię zaraz do kąta postawię !
Ja: Że niby mnie ?
Ale ja nie jestem tu sama, kątów Ci nie starczy !
Instruktorka: Dla Ciebie znajdę dotkliwszą karę ! Piotra nie ma, partnerki będę potrzebować, więc jak się nie chcesz skompromitować to już ogarniaj w internecie filmiki szkoleniowe: Houdini dzisiaj będzie.
Ja: Houdini ?! Znaczy, że zniknę ?
Instruktorka: Aga i spółka zapraszam do lustra !
Ja: Dobra, dobra, już
Wstajemy i ćwiczymy, oczywiście nie pod samym lustrem ale na końcu, za wszystkimi.
Instruktorka: Na ostatnich zajęciach było "out of the way", pamiętamy czy powtórzyć ?
Wszyscy: Powtórzyć !
Instruktorka: Dobra, to ustawmy się w pozycji do cross body z hammer lockiem...
Ktoś: To też powtórzyć !
Instruktorka: A obrót w prawo z P1 pamiętacie czy też powtarzamy ?!
Ktoś: Pamiętamy ! Ale ten w lewo powtórz !
Po zajęciach jedziemy na imprezę. Ja zmieniam buty, leci pierwszy kawałek. Ja już wiem, że to bachata, w końcu moja playlista. Rafał B. przybiega i czeka aż te buty zmienię żeby mnie zabrać. Kurde, jak mi się z nim świetnie tańczyło dziś. Zawsze był dobry, ale nie aż tak. Ja go raczej na salsie szukałam wzrokiem bo on u nas tylko statystuje żeby do imprezy przeczekać, normalnie jest kilka poziomów wyżej. I jest niezniszczalny. Nie przesiedział całą imprezę ani jednego kawałka. Tańczyliśmy razem jakieś 70% tego czasu. Naprawdę wymiata. Jakoś wcześniej tego nie zauważyłam.
Piotrek: To Ty nie z Rafałem dzisiaj pierwszy kawałek ? Zawsze Wy pierwsi szliście, od Was się impreza zaczynała.
Ja: No jak ? Z Rafałem przecież
Piotrek: Aaaa, w sumie racja !
Jak już mi się udało usiąść na chwilkę to mnie woła TEN Rafał, żebym do nich przyszła pogadać. Ale podchodzi Jacek i mnie zabiera. "Sam widzisz - nie mam czasu
" Ale i tak znalazł sposób. Poświęcił się i zatańczył. Salsę, której tak ponoć nie lubi. I zatrzymał mnie na bachatę. Sprytne. Wiem, że będzie próbował kontynuować rozmowę z piątku. W sumie nie ma o czym mówić, co mnie to wszystko obchodzi. Ale wodę z mózgu umiem robić najlepszą na świecie więc nie przestaję. Cały czas gadam jakieś głupoty, zasada "nie zawsze mów co wiesz ale zawsze wiedz co mówisz" na chwilę przestaje obowiązywać. Gadam żeby gadać, żeby mu nie dać dojść do głosu. Właściwie daję, co chwila o coś go pytam, ale definitywnie nie daję mu zmienić tematu. Aż mi na moment go żal. Czy w analogicznej sytuacji ja bym do niego leciała i mu mówiła, że kogoś mam ? Czy to naprawdę "przyjaźń" aż na takim poziomie ?! Pewnie nie.
(Cinco pasos y te perdoné
Pięć kroków i już ci wybaczyłam)
Po imprezie podwożę Rafała i Pawła do domu. Jak zwykle. I znowu mam Rafała na komunikatorze:
Rafał: Napisz jak dojedziesz. Zarzucasz mi, że nie rozmawiamy ale to Ty dziś usiadłaś dwa stoliki dalej z innymi.
Ja: Bo ja tam przychodzę tańczyć
Rafał: My też czasem tańczymy. To nie jest wygnańcze terytorium.
Ja: Jak mi się znudzi tańczenie to przyjdę
Rafał: Hehe, czyli nigdy
Ja: Skoro Tobie się znudziło to może i u mnie kiedyś to nastąpi, cierpliwości
Rafał: Mi się nie znudziło, przynajmniej jeszcze nie, ale pogadać jak dawniej też by było miło
Ja: Jak dawniej
Dobranoc
(Seis pasos ya, son casi siete
Contar más no sé
Mil pasos y más, me quedo de pie
Sześć kroków już, prawie siedem
Liczyć dalej? Nie wiem
Tysiąc kroków i więcej, zostało mi na piechotę)
Ja: Mam dla Ciebie fajnego tancerza
Ma na imię Rafał i wymiata
Hanka: No co Ty ? Już się rozstali ?
Ja: Kurczę, nie... Ten drugi Rafał...
Hanka:
On ma twarz Ziobry...
Ja: Lol, a tamten to taki piękny był, tak ?
(¿ Y cuándo volverás?
Je ne reviendrai pas
¿ Cuándo volverás?
Je suis si loin déjà
¿ Y cuándo volverás ?
Un dia o jamás
A kiedy wrócisz?
Nie wrócę
Kiedy wrócisz?
Jestem już daleko
I kiedy wrócisz?
Pewnego dnia albo nigdy)
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=dm_TzKprOls[/youtube]
(Un paso me voy para siempre
Jeden krok, odchodzę na zawsze)
Siedzę sobie pod salą, słucham sobie muzyki, która z niej dobiega. Rafał się odzywa na komunikatorze.
Rafał: Czemu Cię nie ma ? Obraziłaś się po naszej piątkowej rozmowie ?
Ja: Tak. Więcej się nie zobaczymy.
A niech się chwilę pomartwi i pozastanawia o co chodzi. On się też przecież super fair nie zachował. Zmienił się praktycznie z dnia na dzień, najbardziej rozgadany chłopak świata przestał się do mnie praktycznie odzywać. Nie raczył wytłumaczyć sam z siebie o co chodzi. Nie żebym tęskniła, zorientowałam się w tym dopiero jak Hanka mi zwróciła uwagę, że się zmienił. Nie mam mu tego nawet za złe. Ale na innych nie mam kompletnie powodu ostrzyć sobie pazurków.
(Dos pasos, me voy sin mirarte
Dwa kroki, odchodzę nie patrząc na ciebie)
Rafał: Zależy mi na naszej przyjaźni. Nie sądziłem, że to może cokolwiek zmienić.
Ja: Przyjaźni ?
Kończą się zajęcia i przychodzi jeszcze SMS od Jacka "gdzie Ty ?!" No, ktoś zawsze zauważa, że mnie nie ma, miłe.
Wchodzę na salę. Naprawdę się wszyscy cieszą, że mnie widzą. Zaraz przylatuje Rafał. Nie, nie ten. Rafał B. Jeszcze leci muzyka, chce żebym mu pokazała co było na crash kursie w niedzielę bo go nie było. Tia, najpierw niech mi pokaże co dziś było na bachacie. A on na to, że nie musi bo umiem i to umiem w tej lepszej wersji i że mi nie pokaże żebym złych nawyków nie nabrała. Ja mu też tłumaczę, że ten crash to P1 przecież i że on to wszystko umie. Odmeldowuję się u instruktorki i idę do całej reszty ludzi. Zaczepia mnie Rafał po drodze. Ten Rafał.
Rafał: Co się dzieje ? Naprawdę jesteś zła ?
Ja: Nie, no co Ty, żartowałam sobie. Wyluzuj, żółwik !
Rafał: Czemu na bachatę nie dotarłaś ?
Ja: Na randce byłam !
Rafał: Masz kogoś ?
Uśmiecham się jeszcze szerzej i mrugam tajemniczo oczkami. Idę do ludzi.
(Tres pasos ya soy hacia al este, el sur, el oeste
Trzy kroki, już podążam na wschód, na południe, zachód)
Zaraz się zaczyna, że dzisiaj był roll i że ja to umiem najlepiej i żebym pokazała. Taaa, na pewno. I czym się roll różni od fali. No na miłość boską. Fala - zaczynasz od góry i reszta w dół i od nowa. Roll - zaczynasz jak falę ale wracasz tą samą drogą. Dzisiaj to pytanie wywołuje face palm, kilka miesięcy temu nie miałam pojęcia które jest które ani że w ogóle istnieją.
(Quatro pasos quiero acordarme, Quatro pasos ya sé
Cztery kroki, chcę przypomnieć sobie, Cztery kroki, już wiem)
Zaczyna się rozgrzewka do salsy a my siedzimy na tyłkach pod oknami. Rozgrzewka na leniwca - instruktorka rusza głową - my też, tyle że na siedząco. Instruktorka ramiona - my też, na siedząco. Instruktorka biodra - my się zgrywamy w którą stronę i się kołyszemy w cztery osoby na siedząco. Oczywiście nieprzytomni ze śmiechu.
Instruktorka: Aga, bo Cię zaraz do kąta postawię !
Ja: Że niby mnie ?
Instruktorka: Dla Ciebie znajdę dotkliwszą karę ! Piotra nie ma, partnerki będę potrzebować, więc jak się nie chcesz skompromitować to już ogarniaj w internecie filmiki szkoleniowe: Houdini dzisiaj będzie.
Ja: Houdini ?! Znaczy, że zniknę ?
Instruktorka: Aga i spółka zapraszam do lustra !
Ja: Dobra, dobra, już
Wstajemy i ćwiczymy, oczywiście nie pod samym lustrem ale na końcu, za wszystkimi.
Instruktorka: Na ostatnich zajęciach było "out of the way", pamiętamy czy powtórzyć ?
Wszyscy: Powtórzyć !
Instruktorka: Dobra, to ustawmy się w pozycji do cross body z hammer lockiem...
Ktoś: To też powtórzyć !
Instruktorka: A obrót w prawo z P1 pamiętacie czy też powtarzamy ?!
Ktoś: Pamiętamy ! Ale ten w lewo powtórz !
Po zajęciach jedziemy na imprezę. Ja zmieniam buty, leci pierwszy kawałek. Ja już wiem, że to bachata, w końcu moja playlista. Rafał B. przybiega i czeka aż te buty zmienię żeby mnie zabrać. Kurde, jak mi się z nim świetnie tańczyło dziś. Zawsze był dobry, ale nie aż tak. Ja go raczej na salsie szukałam wzrokiem bo on u nas tylko statystuje żeby do imprezy przeczekać, normalnie jest kilka poziomów wyżej. I jest niezniszczalny. Nie przesiedział całą imprezę ani jednego kawałka. Tańczyliśmy razem jakieś 70% tego czasu. Naprawdę wymiata. Jakoś wcześniej tego nie zauważyłam.
Piotrek: To Ty nie z Rafałem dzisiaj pierwszy kawałek ? Zawsze Wy pierwsi szliście, od Was się impreza zaczynała.
Ja: No jak ? Z Rafałem przecież
Piotrek: Aaaa, w sumie racja !
Jak już mi się udało usiąść na chwilkę to mnie woła TEN Rafał, żebym do nich przyszła pogadać. Ale podchodzi Jacek i mnie zabiera. "Sam widzisz - nie mam czasu
(Cinco pasos y te perdoné
Pięć kroków i już ci wybaczyłam)
Po imprezie podwożę Rafała i Pawła do domu. Jak zwykle. I znowu mam Rafała na komunikatorze:
Rafał: Napisz jak dojedziesz. Zarzucasz mi, że nie rozmawiamy ale to Ty dziś usiadłaś dwa stoliki dalej z innymi.
Ja: Bo ja tam przychodzę tańczyć
Rafał: My też czasem tańczymy. To nie jest wygnańcze terytorium.
Ja: Jak mi się znudzi tańczenie to przyjdę
Rafał: Hehe, czyli nigdy
Ja: Skoro Tobie się znudziło to może i u mnie kiedyś to nastąpi, cierpliwości
Rafał: Mi się nie znudziło, przynajmniej jeszcze nie, ale pogadać jak dawniej też by było miło
Ja: Jak dawniej
(Seis pasos ya, son casi siete
Contar más no sé
Mil pasos y más, me quedo de pie
Sześć kroków już, prawie siedem
Liczyć dalej? Nie wiem
Tysiąc kroków i więcej, zostało mi na piechotę)
Ja: Mam dla Ciebie fajnego tancerza
Hanka: No co Ty ? Już się rozstali ?
Ja: Kurczę, nie... Ten drugi Rafał...
Hanka:
Ja: Lol, a tamten to taki piękny był, tak ?
(¿ Y cuándo volverás?
Je ne reviendrai pas
¿ Cuándo volverás?
Je suis si loin déjà
¿ Y cuándo volverás ?
Un dia o jamás
A kiedy wrócisz?
Nie wrócę
Kiedy wrócisz?
Jestem już daleko
I kiedy wrócisz?
Pewnego dnia albo nigdy)
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=dm_TzKprOls[/youtube]
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Ja: Ej, widziałam zdjęcie dziewczyny Rafała
Hania: Pokaż !
Ja: A po co ? Chcesz sobie strzelnicę w domu urządzić ? Wystarczą rzutki czy jednak ostra amunicja ?
Hania: No weź !
Ja: Jak się Rafał zgodzi to Ci pokażę. A narazie niech Ci wystarczy, że jest brzydka
Hania: Brzydka ? Jak bardzo brzydka ?
Ja: Jedyna blondynka, która moim zdaniem jest ładna miała operacje plastyczne i ją ciągle photoshopem poprawiają
Hania: Po co mu brzydka...
Ja: Wiesz, oni zazwyczaj szukają pięknych ale głupich. A że im ciężko znaleźć głupsze od siebie to się biorą za brzydkie
Hania: Kocham Cię !
Ja: Wiem
Ja: Weź się odkochaj wreszcie !
Hania: To takie proste myślisz ?
Ja: Jak ja znajduję kogoś w kim istnieje podejrzenie, że mogłabym się zakochać to sobie spisuję listę jego najgorszych cech na kartce i czytam aż mi przejdzie.
Hania: I masz taką listę na Rafała ?
Ja: Nie, nie zakładałam, że może mi być potrzebna
Ale mogę stworzyć
A moja matka by Ci stworzyła jeszcze lepszą, zawsze jak coś opowiadam, nawet nie mówiąc o kogo chodzi to ona jest zawsze na nie
Wszystko, jakieś głupoty, wyrwane z kontekstu, ona go nawet nie zna. Ale wszystko na nie
Ja też kompletnie nie wiem co w nim widzisz. I jak się możesz przyjaźnić z moim ojcem. Jak ja bym miała wybór to bym z nim dwóch słów nie zamieniła.
Hania: Jakbym jego nie lubiła to i Ciebie pewnie nie
Ale ja lubię wrednych ludzi.
Ja: To się w Bucu zakochaj !!!
Hania: Jego to akurat też bardzo lubię. Ale nic poza tym.
Ja: Ty masz wielospadowy sufit jednak, co ? Ja bym go przerobiła na confetti.
Hania: Pokaż !
Ja: A po co ? Chcesz sobie strzelnicę w domu urządzić ? Wystarczą rzutki czy jednak ostra amunicja ?
Hania: No weź !
Ja: Jak się Rafał zgodzi to Ci pokażę. A narazie niech Ci wystarczy, że jest brzydka
Hania: Brzydka ? Jak bardzo brzydka ?
Ja: Jedyna blondynka, która moim zdaniem jest ładna miała operacje plastyczne i ją ciągle photoshopem poprawiają
Hania: Po co mu brzydka...
Ja: Wiesz, oni zazwyczaj szukają pięknych ale głupich. A że im ciężko znaleźć głupsze od siebie to się biorą za brzydkie
Hania: Kocham Cię !
Ja: Wiem
Ja: Weź się odkochaj wreszcie !
Hania: To takie proste myślisz ?
Ja: Jak ja znajduję kogoś w kim istnieje podejrzenie, że mogłabym się zakochać to sobie spisuję listę jego najgorszych cech na kartce i czytam aż mi przejdzie.
Hania: I masz taką listę na Rafała ?
Ja: Nie, nie zakładałam, że może mi być potrzebna
Hania: Jakbym jego nie lubiła to i Ciebie pewnie nie
Ja: To się w Bucu zakochaj !!!
Hania: Jego to akurat też bardzo lubię. Ale nic poza tym.
Ja: Ty masz wielospadowy sufit jednak, co ? Ja bym go przerobiła na confetti.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Imprezowy samochód by Rafał.
SMS od Buca, żebym kupiła jakąś wódkę po drodze bo Hanka wszystko wypiła. Dobrze, może przynajmniej się nie zryczy jak norka. Siadam z nią z tyłu a ona ma głupawkę kompletną. Moje buty jej się spodobały, jakiejś obsesji dostała bo im robi zdjęcia w różnych konfiguracjach. Kładzie moją nogę na zagłówku Rafała, dokłada swoją i focia. No wariatka.
Buc: Aga, my pijemy, ale Hance już nie dawaj bo ona zaraz ledwo ciepła będzie.
Ja: Przynajmniej ma dobry humor, ostatnio jak z nią piłam i chciałam do domu wracać to się popłakała, że ją chcę samą zostawić. Musiałam ją ze sobą zabrać.
Paweł: Ej no, tylko 10 minut spóźnienia dzisiaj, wchodzimy czy przeczekujemy jeszcze 10 minut ?
Rafał: Czekamy, nie wpuszczą nas tak wcześnie !
Hanka wtrąbiła stanowczo za dużo, bo się chichra całe zajęcia nie wiadomo z czego i do kogo. Ale trzyma pion. Ja przyjęłam optymalną ilość. Nie mam głupawki, nic się nie dzieje ale daję się lekko prowadzić. Przewrócimy się to się przewrócimy, upuścisz mnie to upuścisz, po co drążyć temat.
Impreza na Miedzianej. Tradycyjnie już zaczynamy od stania na balkonie. Faceci na jednym końcu, ja z Hanką na drugim.
Ja: Jak Rafał ?
Hanka: A weź go sobie. Ja mam dość.
Ja: Coooooo ?! A co się stało ?
Hanka: Nic. Wzięłam sobie do serca to co mówiłaś. Już go nie chcę.
Ja: Szybko Ci przeszło
Rzeczywiście, tańczy sobie z jakimiś facetami, w ogóle się za nim nie ogląda. Nawet jeśli robi to na siłę to w końcu jej to wejdzie w krew. Ja też sobie tańczę z różnymi ludźmi, wszystko ok. Ale po jakimś czasie się spotykamy wszyscy. Hanka spada do domu, bo ma coś rano do załatwienia. Odprowadzamy ją a potem Rafał chce ze mną zatańczyć. No proszę. Ok, tańczymy dwa kawałki bachaty. Już zdążyłam odwyknąć od niego. Już nie uważam, że jest najlepszy we wszechświecie. Nie odzywam się. Jakbym tańczyła z kimś obcym. W końcu on próbuje.
Rafał: Porozmawiamy wreszcie ?
Ja: Ok, porozmawiamy. Co chcesz wiedzieć ?
I w końcu stopniowo przestajemy tańczyć. Stoimy pośród tego tłumu, wszyscy tańczą dookoła, a my stoimy i gadamy. Choć nie uważam żeby było o czym. Wcale nie zamierzałam do tego wracać. Najlepiej zamieść pod dywan, nie myśleć o tym więcej, przejść nad tym do porządku dziennego. Ale skoro chce to niech wie.
Ja: Odwróć sytuację. Masz 100% pewności, że ja nikogo nie mam ? Przecież nie rozmawialiśmy o tym nigdy. Normalnie z Tobą rozmawiałam, normalnie z Tobą tańczyłam. Na wielu imprezach razem byliśmy, razem się uczyliśmy wszystkiego. Albo Hanka. Kiedy się dowiedziałeś, że ma męża ? Po dwóch miesiącach ? Trzech ? A też normalnie z Tobą tańczyła, rozmawiała. A Ty się nagle przestajesz praktycznie odzywać, całe imprezy spędzasz z Pawłem albo na balkonie. Nie mam pretensji. Masz prawo robić co chcesz. Ale zachowujesz się jak dzieciak.
Rafała wmurowało. Stoi cały napięty i chwilę nic nie mówi tylko się na mnie patrzy.
Rafał: Miałem swoje powody.
Ja: Ok, to miej je dalej. Twoja sprawa.
Rafał: Nie. Buziak na zgodę i zapominamy o tym, ok ?
Ja: Ok.
Cmok w policzek. I znowu zaczynamy tańczyć. Po paru minutach atmosfera się trochę oczyściła, właściwie jest jak dawniej. Ale tak fajnie jak było już na pewno nie będzie.
Pojechałam sobie dziś na pierwsze zajęcia crash kursu kizomby. A tam Piotrek z poniedziałku. Ostatnio go wszędzie widuję. Nawet na kurs cubany trafiliśmy ten sam. I on mówi, że godzinę wcześniej był na crash kursie z kizomby w innej szkole.
Ja: Oooo ! A ktoś mówił, że to ja do tańca podchodzę fanatycznie !
Piotrek: Teraz mnie też wzięło ! A jak cubana ? Byłaś na tych drugich zajęciach ? Ja musiałem odpuścić, bo w delegacji byłem.
Ja: Byłam. Ale nie wiem czy będę na kolejnych. W ogóle mi się to nie podoba, narazie to się zmuszam do tych lekcji. Fajnie uczą, fajna atmosfera, ale mnie ta cubana nie kręci w ogóle.
Piotrek: Ja mam to samo. Ja się w liniowej odnajduję. I na tę chwilę tylko tam. Cubana mi się też nie podoba. Teraz chcę zobaczyć jak ta kizomba.
Ja: Tutaj też jestem od niechcenia trochę. Myślę, że ogarnę ten crash kurs i dalej w edukacji nie pójdę. I tak to tańczę na imprezach, jakoś mi to wychodzi, nie nauczą mnie chyba więcej niż już umiem a więcej i tak mi nie potrzebne.
Piotrek: No tak, kobiety mają łatwiej
Mija czwarty miesiąc mojego fanatycznego tańczenia. Po kilka razy w tygodniu. Wzmocniły mi się bardzo nogi. Oprócz tego, że czuję te mięśnie pod skórą to jestem w stanie więcej biegać. I brzuch mi się wyrobił troszkę. Zaczynam jeszcze bardzo powoli ale jednak być zadowolona ze swojego wyglądu. Jedyne co mnie martwi to to, ze to się wszystko kiedyś skończy.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=8FBbFEUYsIM[/youtube]
SMS od Buca, żebym kupiła jakąś wódkę po drodze bo Hanka wszystko wypiła. Dobrze, może przynajmniej się nie zryczy jak norka. Siadam z nią z tyłu a ona ma głupawkę kompletną. Moje buty jej się spodobały, jakiejś obsesji dostała bo im robi zdjęcia w różnych konfiguracjach. Kładzie moją nogę na zagłówku Rafała, dokłada swoją i focia. No wariatka.
Buc: Aga, my pijemy, ale Hance już nie dawaj bo ona zaraz ledwo ciepła będzie.
Ja: Przynajmniej ma dobry humor, ostatnio jak z nią piłam i chciałam do domu wracać to się popłakała, że ją chcę samą zostawić. Musiałam ją ze sobą zabrać.
Paweł: Ej no, tylko 10 minut spóźnienia dzisiaj, wchodzimy czy przeczekujemy jeszcze 10 minut ?
Rafał: Czekamy, nie wpuszczą nas tak wcześnie !
Hanka wtrąbiła stanowczo za dużo, bo się chichra całe zajęcia nie wiadomo z czego i do kogo. Ale trzyma pion. Ja przyjęłam optymalną ilość. Nie mam głupawki, nic się nie dzieje ale daję się lekko prowadzić. Przewrócimy się to się przewrócimy, upuścisz mnie to upuścisz, po co drążyć temat.
Impreza na Miedzianej. Tradycyjnie już zaczynamy od stania na balkonie. Faceci na jednym końcu, ja z Hanką na drugim.
Ja: Jak Rafał ?
Hanka: A weź go sobie. Ja mam dość.
Ja: Coooooo ?! A co się stało ?
Hanka: Nic. Wzięłam sobie do serca to co mówiłaś. Już go nie chcę.
Ja: Szybko Ci przeszło
Rzeczywiście, tańczy sobie z jakimiś facetami, w ogóle się za nim nie ogląda. Nawet jeśli robi to na siłę to w końcu jej to wejdzie w krew. Ja też sobie tańczę z różnymi ludźmi, wszystko ok. Ale po jakimś czasie się spotykamy wszyscy. Hanka spada do domu, bo ma coś rano do załatwienia. Odprowadzamy ją a potem Rafał chce ze mną zatańczyć. No proszę. Ok, tańczymy dwa kawałki bachaty. Już zdążyłam odwyknąć od niego. Już nie uważam, że jest najlepszy we wszechświecie. Nie odzywam się. Jakbym tańczyła z kimś obcym. W końcu on próbuje.
Rafał: Porozmawiamy wreszcie ?
Ja: Ok, porozmawiamy. Co chcesz wiedzieć ?
I w końcu stopniowo przestajemy tańczyć. Stoimy pośród tego tłumu, wszyscy tańczą dookoła, a my stoimy i gadamy. Choć nie uważam żeby było o czym. Wcale nie zamierzałam do tego wracać. Najlepiej zamieść pod dywan, nie myśleć o tym więcej, przejść nad tym do porządku dziennego. Ale skoro chce to niech wie.
Ja: Odwróć sytuację. Masz 100% pewności, że ja nikogo nie mam ? Przecież nie rozmawialiśmy o tym nigdy. Normalnie z Tobą rozmawiałam, normalnie z Tobą tańczyłam. Na wielu imprezach razem byliśmy, razem się uczyliśmy wszystkiego. Albo Hanka. Kiedy się dowiedziałeś, że ma męża ? Po dwóch miesiącach ? Trzech ? A też normalnie z Tobą tańczyła, rozmawiała. A Ty się nagle przestajesz praktycznie odzywać, całe imprezy spędzasz z Pawłem albo na balkonie. Nie mam pretensji. Masz prawo robić co chcesz. Ale zachowujesz się jak dzieciak.
Rafała wmurowało. Stoi cały napięty i chwilę nic nie mówi tylko się na mnie patrzy.
Rafał: Miałem swoje powody.
Ja: Ok, to miej je dalej. Twoja sprawa.
Rafał: Nie. Buziak na zgodę i zapominamy o tym, ok ?
Ja: Ok.
Cmok w policzek. I znowu zaczynamy tańczyć. Po paru minutach atmosfera się trochę oczyściła, właściwie jest jak dawniej. Ale tak fajnie jak było już na pewno nie będzie.
Pojechałam sobie dziś na pierwsze zajęcia crash kursu kizomby. A tam Piotrek z poniedziałku. Ostatnio go wszędzie widuję. Nawet na kurs cubany trafiliśmy ten sam. I on mówi, że godzinę wcześniej był na crash kursie z kizomby w innej szkole.
Ja: Oooo ! A ktoś mówił, że to ja do tańca podchodzę fanatycznie !
Piotrek: Teraz mnie też wzięło ! A jak cubana ? Byłaś na tych drugich zajęciach ? Ja musiałem odpuścić, bo w delegacji byłem.
Ja: Byłam. Ale nie wiem czy będę na kolejnych. W ogóle mi się to nie podoba, narazie to się zmuszam do tych lekcji. Fajnie uczą, fajna atmosfera, ale mnie ta cubana nie kręci w ogóle.
Piotrek: Ja mam to samo. Ja się w liniowej odnajduję. I na tę chwilę tylko tam. Cubana mi się też nie podoba. Teraz chcę zobaczyć jak ta kizomba.
Ja: Tutaj też jestem od niechcenia trochę. Myślę, że ogarnę ten crash kurs i dalej w edukacji nie pójdę. I tak to tańczę na imprezach, jakoś mi to wychodzi, nie nauczą mnie chyba więcej niż już umiem a więcej i tak mi nie potrzebne.
Piotrek: No tak, kobiety mają łatwiej
Mija czwarty miesiąc mojego fanatycznego tańczenia. Po kilka razy w tygodniu. Wzmocniły mi się bardzo nogi. Oprócz tego, że czuję te mięśnie pod skórą to jestem w stanie więcej biegać. I brzuch mi się wyrobił troszkę. Zaczynam jeszcze bardzo powoli ale jednak być zadowolona ze swojego wyglądu. Jedyne co mnie martwi to to, ze to się wszystko kiedyś skończy.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=8FBbFEUYsIM[/youtube]
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Dobrze mieć instruktora, który jest na bieżąco z nowinkami tanecznymi wszystkich stylów
http://m.cda.pl/video/240831c0http://m.cda.pl/video/240831c0
http://m.cda.pl/video/240831c0http://m.cda.pl/video/240831c0
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- karwek
- -#VIP

- Posty: 1887
- Rejestracja: 05 lis 2012, 23:43
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Siedzimy przed zajęciami i gadamy. O crash kursie kizomby.
Piotrek: Robiłem w weekend dwa crash kursy kizomby, 5 godzin tańczenia dwa dni pod rząd.
Dominika: Żartujesz ?!
Piotrek: Nie, Aga potwierdzi.
Ja: Potwierdzam. Dobry jest.
Piotrek: Walnąłem trochę koksu i dałem radę !
Dominika: Ty też z nim te dwa kursy zaliczyłaś ?
Ja: Nie, ja wzięłam połowę dawki, na jednym byłam.
Piotrek: Tydzień temu też połowę wzięłaś ? Bo słyszałem że byłaś na crash kursie bachaty.
Ja: Byłam, ale to P1 przecież. Nudy. Nie potrzeba na to dopalaczy.
Dominika: Jezu, ja myślałam, że Ty na poziom S gdzieś chodzisz. Po co poszłaś na kurs P1 ?!
Ja: Bo był
Hanka: Bo ja ją prosiłam ! Ona naprawdę na S powinna chodzić.
Bachata mi jakoś weszła w krew. I ta poniedziałkowa i piątkowa. Muzyka ta sama, a jednak tańczy się do niej dwie zupełnie różne rzeczy. A nawet można trzecią, bo jest jeszcze bachata dominikańska. Absolutnie nie dla mnie. Ale może to kwestia czasu bo o kizombie też tak przecież mówiłam. Z cubaną mam tak, że jak jestem w domu i puszczę jakąś muzykę do tego to czasami staję przed lustrem i próbuję ogarnąć jak te kroki szły i jak się to właściwie liczyło, bo po dwóch dniach od kursu nie pamiętam nic. Domeną tancerzy salsy jest chyba to, że jak liczą do dziesięciu to już zapominają, że gdzieś tam jest cztery i osiem. 1,2,3...5,6,7... A kizombę właściwie nie wiadomo jak się liczy. Cztery do przodu, dwa do tyłu albo trzy do tyłu, pięć do przodu, albo cztery dookoła albo po jednym na przemian albo jeden i cztery do boku. Zależy co tam sobie facet w głowie ułoży. Tańczenie na pamięć nic nie da. Zadziwia mnie tylko to, że ja naprawdę daję się lekko prowadzić. Bo jakbym miała coś o sobie powiedzieć jeszcze jakieś dwa lata temu to na pewno nie to, że mi facet będzie dyktował, w którą stronę pójdę i jak się obrócę. Kompletnie nie do pomyślenia.
Przed salsą Rafał mówi mi i Pawłowi, że idzie teraz coś załatwić ale wróci na imprezę.
Hanka: Gdzie on poszedł ?
Ja: No do tej dziewczyny pewnie.
Hanka: Tak powiedział ?
Ja: Nie no, powiedział, że idzie coś załatwić. Ale jest godzina 21. Co się o tej porze załatwia ? Z siłownią i bachatą dziewczę wiedziało, że nie wygra to go z salsy wyciągnęło.
Na salsie jakaś kolejna porcja solowych kombinacji. Nie ogarnęłam nawet tych podstawowych, bo się zawsze wolałam z Hanką pośmiać gdzieś na końcu. I tak mi się to nie przyda, to są męskie kroki. Ale dziś ćwiczymy. W porównaniu do tamtych co i tak ich nie umiem to dzisiaj są jakieś mega skomplikowane rzeczy. "To co dziś wydaje się trudne, za jakiś czas będzie tylko rozgrzewką".
Docieramy na imprezę. Rafał w końcu też się pojawia.
Hanka: Wszystko co powiesz to jak kartka z kalendarza ! Musi się zdarzyć ! Zawsze masz cholerną rację !
Ja: Ale o co chodzi ?
Hanka: Z tą laską się widział !
Ja: Skąd wiesz ?
Hanka: Bo jak zapytałam to się na chwilę zmieszał a potem odpowiedział ściszonym głosem, że z koleżanką się musiał zobaczyć.
Ja: I co z tego ? Mówiłaś, że już go nie chcesz.
Hanka: Bo nie chcę. Mówię Ci tylko, że własny kalendarz musisz stworzyć.
Ja: Nie kumam tego porównania zupełnie.
Hanka: To zacznij, bo powiem Twojemu ojcu, że głupiutka jesteś
Ja: A mów mu co chcesz ! Ja go nie chcę więcej widzieć na oczy !
Hanka: Co Ty mówisz ? Co znowu zrobił ?
Ja: NIC !!!!!
Tańczymy.
Jacek: Coś szybciej robisz ode mnie.
Ja: Bo ja w rytmie !
Jacek: Ok, w to mogę uwierzyć...
Ja: No przestań, ja po prostu czasem jestem wredna
Jacek: To mamy coś wspólnego
Ja: Wredność ? Co najwyżej to słowo gdzieś słyszałeś
Może w odniesieniu do mnie. Bo ja je akurat umiem odmienić przez wszystkie przypadki.
Jest też Burger, ten co dołączył niedawno a wymiata chyba lepiej niż instruktor. Wyciąga mnie na salsę.
Burger: To co tańczymy ? Na 1 czy na 2 ?
Ja: Nie no, na 1, człowieku...
Burger: Nie znudziło Ci się jeszcze ?
Ja: Nawet jak mi się znudzi, to na 2 nie umiem !
Burger: Myślałem, że umiesz, Ty tu naprawdę najlepsza jesteś.
Ja: Dzięki bardzo, ale mnie przeceniasz mimo wszystko
Ja: I jak tam moje Ty Rafałkowe fiksum-dyrdum ?
Hanka: Fiksum co ?!
Ja: Te ! Polonistka z wykształcenia !
Hanka: Ale z literatury ! Wszystkie tomy "Nocy i dni" przeczytałam a Ty "Nad Niemnem" mówisz, że nie przebrnęłaś !
Ja: Oj odwal się
Buc dogryza naszej Edycie. Ja z nią za wiele nie gadałam nigdy ale faceci ją nazywają "zakonnica" bo podobno strasznie wierząca i zrzeszona w jakimś klubie katolickim. Dewotka podobno pełną gębą. Ciekawe co w takim razie robi na kursie tańca. Salsy jak salsy. Ale bachaty ?!
Ja: Ooooo, Pawełek wyczerpał limit miłych słówek ! Wyobraź sobie, że mnie dzisiaj chwalił na salsie, że jak ze mną tańczy to mu tak świetnie wychodzi, że dzisiaj nie będzie nagrywał instruktorów, tylko da komuś telefon i nas nagra i na youtube wrzuci jako filmik szkoleniowy !
Buc: Serio ? Ja tak mówiłem ?
Ja: Tak !
Buc: No, mówiłem, że zmęczony jestem cały dzień. Żarty mi nie szły po prostu tak jak zwykle i uwierzyłaś !
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=s-AHI-0zrE8[/youtube]
Piotrek: Robiłem w weekend dwa crash kursy kizomby, 5 godzin tańczenia dwa dni pod rząd.
Dominika: Żartujesz ?!
Piotrek: Nie, Aga potwierdzi.
Ja: Potwierdzam. Dobry jest.
Piotrek: Walnąłem trochę koksu i dałem radę !
Dominika: Ty też z nim te dwa kursy zaliczyłaś ?
Ja: Nie, ja wzięłam połowę dawki, na jednym byłam.
Piotrek: Tydzień temu też połowę wzięłaś ? Bo słyszałem że byłaś na crash kursie bachaty.
Ja: Byłam, ale to P1 przecież. Nudy. Nie potrzeba na to dopalaczy.
Dominika: Jezu, ja myślałam, że Ty na poziom S gdzieś chodzisz. Po co poszłaś na kurs P1 ?!
Ja: Bo był
Hanka: Bo ja ją prosiłam ! Ona naprawdę na S powinna chodzić.
Bachata mi jakoś weszła w krew. I ta poniedziałkowa i piątkowa. Muzyka ta sama, a jednak tańczy się do niej dwie zupełnie różne rzeczy. A nawet można trzecią, bo jest jeszcze bachata dominikańska. Absolutnie nie dla mnie. Ale może to kwestia czasu bo o kizombie też tak przecież mówiłam. Z cubaną mam tak, że jak jestem w domu i puszczę jakąś muzykę do tego to czasami staję przed lustrem i próbuję ogarnąć jak te kroki szły i jak się to właściwie liczyło, bo po dwóch dniach od kursu nie pamiętam nic. Domeną tancerzy salsy jest chyba to, że jak liczą do dziesięciu to już zapominają, że gdzieś tam jest cztery i osiem. 1,2,3...5,6,7... A kizombę właściwie nie wiadomo jak się liczy. Cztery do przodu, dwa do tyłu albo trzy do tyłu, pięć do przodu, albo cztery dookoła albo po jednym na przemian albo jeden i cztery do boku. Zależy co tam sobie facet w głowie ułoży. Tańczenie na pamięć nic nie da. Zadziwia mnie tylko to, że ja naprawdę daję się lekko prowadzić. Bo jakbym miała coś o sobie powiedzieć jeszcze jakieś dwa lata temu to na pewno nie to, że mi facet będzie dyktował, w którą stronę pójdę i jak się obrócę. Kompletnie nie do pomyślenia.
Przed salsą Rafał mówi mi i Pawłowi, że idzie teraz coś załatwić ale wróci na imprezę.
Hanka: Gdzie on poszedł ?
Ja: No do tej dziewczyny pewnie.
Hanka: Tak powiedział ?
Ja: Nie no, powiedział, że idzie coś załatwić. Ale jest godzina 21. Co się o tej porze załatwia ? Z siłownią i bachatą dziewczę wiedziało, że nie wygra to go z salsy wyciągnęło.
Na salsie jakaś kolejna porcja solowych kombinacji. Nie ogarnęłam nawet tych podstawowych, bo się zawsze wolałam z Hanką pośmiać gdzieś na końcu. I tak mi się to nie przyda, to są męskie kroki. Ale dziś ćwiczymy. W porównaniu do tamtych co i tak ich nie umiem to dzisiaj są jakieś mega skomplikowane rzeczy. "To co dziś wydaje się trudne, za jakiś czas będzie tylko rozgrzewką".
Docieramy na imprezę. Rafał w końcu też się pojawia.
Hanka: Wszystko co powiesz to jak kartka z kalendarza ! Musi się zdarzyć ! Zawsze masz cholerną rację !
Ja: Ale o co chodzi ?
Hanka: Z tą laską się widział !
Ja: Skąd wiesz ?
Hanka: Bo jak zapytałam to się na chwilę zmieszał a potem odpowiedział ściszonym głosem, że z koleżanką się musiał zobaczyć.
Ja: I co z tego ? Mówiłaś, że już go nie chcesz.
Hanka: Bo nie chcę. Mówię Ci tylko, że własny kalendarz musisz stworzyć.
Ja: Nie kumam tego porównania zupełnie.
Hanka: To zacznij, bo powiem Twojemu ojcu, że głupiutka jesteś
Ja: A mów mu co chcesz ! Ja go nie chcę więcej widzieć na oczy !
Hanka: Co Ty mówisz ? Co znowu zrobił ?
Ja: NIC !!!!!
Tańczymy.
Jacek: Coś szybciej robisz ode mnie.
Ja: Bo ja w rytmie !
Jacek: Ok, w to mogę uwierzyć...
Ja: No przestań, ja po prostu czasem jestem wredna
Jacek: To mamy coś wspólnego
Ja: Wredność ? Co najwyżej to słowo gdzieś słyszałeś
Jest też Burger, ten co dołączył niedawno a wymiata chyba lepiej niż instruktor. Wyciąga mnie na salsę.
Burger: To co tańczymy ? Na 1 czy na 2 ?
Ja: Nie no, na 1, człowieku...
Burger: Nie znudziło Ci się jeszcze ?
Ja: Nawet jak mi się znudzi, to na 2 nie umiem !
Burger: Myślałem, że umiesz, Ty tu naprawdę najlepsza jesteś.
Ja: Dzięki bardzo, ale mnie przeceniasz mimo wszystko
Ja: I jak tam moje Ty Rafałkowe fiksum-dyrdum ?
Hanka: Fiksum co ?!
Ja: Te ! Polonistka z wykształcenia !
Hanka: Ale z literatury ! Wszystkie tomy "Nocy i dni" przeczytałam a Ty "Nad Niemnem" mówisz, że nie przebrnęłaś !
Ja: Oj odwal się
Buc dogryza naszej Edycie. Ja z nią za wiele nie gadałam nigdy ale faceci ją nazywają "zakonnica" bo podobno strasznie wierząca i zrzeszona w jakimś klubie katolickim. Dewotka podobno pełną gębą. Ciekawe co w takim razie robi na kursie tańca. Salsy jak salsy. Ale bachaty ?!
Ja: Ooooo, Pawełek wyczerpał limit miłych słówek ! Wyobraź sobie, że mnie dzisiaj chwalił na salsie, że jak ze mną tańczy to mu tak świetnie wychodzi, że dzisiaj nie będzie nagrywał instruktorów, tylko da komuś telefon i nas nagra i na youtube wrzuci jako filmik szkoleniowy !
Buc: Serio ? Ja tak mówiłem ?
Ja: Tak !
Buc: No, mówiłem, że zmęczony jestem cały dzień. Żarty mi nie szły po prostu tak jak zwykle i uwierzyłaś !
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=s-AHI-0zrE8[/youtube]
- MrGordon
- LEGENDA

- Posty: 2090
- Rejestracja: 26 paź 2009, 14:00
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Hanka się wczoraj domagała żebym przyjechała bo ma nawrót tego swojego fiksum-dyrdum. Ten stan akurat doskonale rozumiem tylko nie rozumiem czemu się uparła na tego Rafała. Dojechałam jakoś koło 22. Hanka się nawet pozbyła facetów z domu. Tankujemy jakieś wino. Hanka mi kładzie na stole worek ziemniaków i mówi "obieramy ! robisz najlepsze frytki świata !" Sama już też powinna umieć, tyle razy jej tłumaczyłam, że jej nie wychodzą bo na zimny olej wrzuca. Albo ja jestem za leniwa i nie chce mi się wstać i wrzucić ich wcześniej albo jej brakuje elementarnego poziomu cierpliwości. I kilku klepek, bo jak obrałyśmy to sobie przypomina, że oleju nie ma. A już po 23, Żabka nieczynna. No i prujemy do jakiegoś całodobowego. Wszyscy przed nami kupują piwo albo wódkę a my olej. Odchodzimy dwa kroki, obie na szpilkach, makijaż, zadowolone z życia. Przechodzi dwóch kolesi. "Cześć dziewczyny ! Olej będziecie dzisiaj piły ?!" A my w śmiech.
Lotniska widziały więcej szczerych pocałunków a szpitale więcej szczerych modlitw niż kościoły. Butelki alkoholu słyszały więcej mądrości niż uniwersytety.
Hanka: To nie mógł być przypadek z tym Rafałem.
Ja: Jasne, że nie przypadek. To statystyka. Poznałaś przez te tańce coś koło 50 facetów. Szanse na to, że któryś Ci się spodoba były całkiem spore. Jak się dostaje 50 rzutów kulą do kręgli to ciężko żeby nie wpadł chociaż jeden strike.
Hanka: To Ty ze 100 poznałaś. I nic ?
Ja: Ja swoje szczęście do facetów wymieniłam na celność
Nie graj ze mną w kręgle 
Lotniska widziały więcej szczerych pocałunków a szpitale więcej szczerych modlitw niż kościoły. Butelki alkoholu słyszały więcej mądrości niż uniwersytety.
Hanka: To nie mógł być przypadek z tym Rafałem.
Ja: Jasne, że nie przypadek. To statystyka. Poznałaś przez te tańce coś koło 50 facetów. Szanse na to, że któryś Ci się spodoba były całkiem spore. Jak się dostaje 50 rzutów kulą do kręgli to ciężko żeby nie wpadł chociaż jeden strike.
Hanka: To Ty ze 100 poznałaś. I nic ?
Ja: Ja swoje szczęście do facetów wymieniłam na celność
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Piątek. Stwierdziłam, że pojadę sama na zajęcia. Bez spóźnienia, bez picia. Jednak bez "rozgrzewki" to nie to samo. Albo się trzeba roztańczyć albo jednak coś wcześniej wypić, żeby to wszystko tak fajnie, leciutko szło.
Z zajęć na imprezę jadę już z Rafałem i Bucem. Jak Buc jedzie to wódka musi być. Choć za mało żeby to nawet poczuć. Ale i tak jest wesoło. Rafał puścił własną muzykę, doskonale już ją znamy. I powtarzamy jeden kawałek ze trzy razy i śpiewamy go we trójkę komentując jakiż ten tekst jest prawdziwy.
People told me slow my roll I'm screaming out fuck that
Imma do just what I want lookin’ ahead no turnin’ back
if I fall, if I die know I lived it to the fullest
if I fall, if I die know I lived and missed some bullets
I'm on the pursuit of happiness and I know
Everything that shine ain't always gonna be gold
I'll be fine once I get it, I'll be good.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=1V5On7PmI6s[/youtube]
W Dos Mundos leci lekcja przedimprezowa z bachaty dominikańskiej solo. Mnie to nie kręci ale stoję z boku, patrzę co tam Hanka i koleżanki z zajęć wyczarują. Potem idziemy tradycyjnie na balkon. Rafał stoi z jakąś dziewczyną i z nią gada, ja siedzę z Hanką kawałek dalej.
Hanka: To ta jego dziewczyna ?
Ja: Nie no, tamta jest blondynką.
Hanka: Ale ona się klei do niego.
Ja: Hahaha, norma
Ja nie wiem skąd on je bierze.
Hanka: Zamorduję zaraz obydwoje !
Ja: Daj spokój, dam im żyć we własnym świecie. W nim naprawdę nie ma nic fajnego. Ale szczerze mówiąc myślałam, że to Ty go wykończysz a nie on Ciebie. Skończyło się najlepiej jak mogło, wierz mi. Nie musisz uciekać z zajęć, nie ma żadnej złej atmosfery, nikt nic nie wie. Przejdzie Ci. Cierpliwości.
Idziemy tańczyć. Dzień wymiataczy, bez kitu. Ogarniam, ale tempo jest zabójcze, cała masa figur, podstawowego to oni chyba dawno już nie pamiętają. Hanka znowu płacze, że nic nie umie i żebym ją nauczyła. Akurat puszczają przeróbkę świętości - Metallica, Unforgiven. Zamieniam się na moment w faceta. Podstawowego nie trzeba prowadzić, sama pójdzie. Ale już przy najzwyklejszym obrocie zaczynam współczuć facetom. Zasygnalizować na czas, zrobić to w rytmie. Chwila za późno i w najlepszym przypadku zrobi spina, w najgorszym nigdzie nie pójdzie bo nie zdąży. A to dopiero początek. Próbuję sobie przypominać jak faceci prowadzą różne rzeczy i skąd ja wiem, że to akurat ta figura a nie żadna inna. Jak zawsze są dwie strony medalu. Jako dziewczyna wkładam na kursie cały swój wysiłek w rozumienie prowadzenia, w wyłapywanie pewnych gestów, które czasem są naprawdę symboliczne. A teraz sama muszę te komunikaty przekazywać, najczytelniej jak się da. Ale jaka satysfakcja jak wyjdzie ! Teraz wiem na pewno, że jak coś nie wychodzi to jest to wina faceta. Kropka.
Ja: Ej, to fajne jest ! Na następny crash bachaty też idziemy i robię za faceta !
Hanka: Prowadzisz lepiej niż połowa facetów na kursie !
Ja: Wiem, właśnie widzę, że wychodzi ! Chyba instruktorką zostanę ! P1 już mogę uczyć !
Hanka: Hahaha, ostatnio Twój ojciec powiedział, że skoro tak polubiłaś tańczyć i tyle czasu na to poświęcasz to pewnie w końcu instruktorką gdzieś zostaniesz !
Piotrek mnie wyciągnął na salsę. Uwielbiam. I uwielbiam z nim bo chodził z moim ojcem na jeden kurs i tańczą tak samo. A ja przecież od ojca nauczyłam się prawie wszystkiego. Ale tam się nie da wytrzymać. Nie ma klimatyzacji tylko wiatraki, a tempo jest przecież kilkukrotnie szybsze niż w bachacie. Więcej przez całą imprezę tam nie pójdę.
Za to kizomba już nie powoduje nerwowego spuszczania wzroku i uciekania gdziekolwiek, byle dalej. Sama wyciągam Piotrka bo jest na tym crash kursie najlepszy. I tak pięć kolejnych kawałków sobie ćwiczymy to co na tym crash kursie było. Niby tylko połowa poziomu P1 a wcale nie jest nudno i trochę tego materiału jest. A jak zostanę w tym na dłużej to na pewno się okaże, że to są absolutne podstawy i wymiatacze takich rzeczy nie robią bo nudne.
Zostajemy na bachacie.
Piotrek: Jak ja lubię z Tobą tańczyć ! Z bachaty jestem sporo gorszy od Ciebie a Ty i tak uśmiechnięta. W ogóle nosa nie zadzierasz.
Ja: Jak kiedyś zacznę to mi przypomnij mój pierwszy dzień na kursie. Jak przyszłam przestraszona, niepewna siebie, z przekonaniem, że nic nie umiem i że w ogóle nie powinno mnie tam być.
Piotrek: Pamiętam. I pamiętam jak Cię wszyscy namawialiśmy, żebyś potem na salsie została bo też się bałaś, że jak na P2 to za mało umiesz.
Przy następnym secie kizomby przybiega Dominik. Znałam go wcześniej, bywaliśmy na tych samych imprezach. Też przyszedł na crasha z kizomby. Ten świat jest mały. Ciągle powtarza, że jestem jego ulubioną partnerką kizombową. Wierzę, mi się z nim też fajnie tańczy. Wałkujemy wszystko co było plus dodatkowo jakieś własne inwencje Dominika.
Leci następna kizomba a Hanka mówi, że Rafał no.2. jest na poziomie S z tego. Tak się patrzę na niego.
Ja: Rafał, jesteś z kizomby na S ?
Rafał: <śmiech>
Ja: To chodź !
I tańczymy całe 5 kawałków, on bardziej bada co już było a co nie, coś mi tam pokazuje nowego. "Side męski", "side damski", "podwójny side i przeprowadzenie". Jak to jutro będzie na crash kursie to będę wymiatać.
Koniec imprezy. Na ostatnią piosenkę puszczają disco polo. Naprawdę. Disco polo. Rafał no.1. już gdzieś uciekł, to zabieram Piotrka i tańczymy dyskotekowy, bo akurat też to potrafi. Na całym parkiecie tylko w trzy pary jesteśmy. Wygłupy, zabawa, śmiech zarówno nasz jak i obserwujących. Chyba zrezygnuję z salsotek, przeniosę się na imprezy w remizach.
Rafał czeka, żeby mnie odwieźć ale zabieram się z Hanką do Piaseczna, w sobotę pojedziemy razem na crash kursy bachaty i kizomby.
Ja: Ale ja nic nie mam na zmianę, muszę do domu podjechać !
Hanka: Ja Ci dam sukienkę ! Kiedyś taka sama szczupła mysza byłam jak Ty !
Znowu smażymy frytki. Znowu się dzielimy swoimi mądrościami życiowymi. Nawet robimy na szybko 30 minutowy crash kurs z crash kursu kizomby bo Hanka chce pójść ze mną. Szybko jej wpada w ucho kawałek z dzisiejszego Rafałobusa i mruczymy sobie do rana razem.
I'm on the pursuit of happiness and I know
Everything that shine ain't always gonna be gold
I'll be fine once I get it, I'll be good.
Kładziemy się o 6 rano. Ta jak zwykle trajkocze. Ja jak tylko głowę do poduszki przyłożę to mnie nie ma. Co najwyżej odpowiadam jakieś kompletne głupoty w zależności od tego co mi się już śnić zaczyna.
Ja: Hanka, wyłącz fonię, proszę Cię, bo ja za sekundę zasnę i jak wstanę to mi znowu wstyd będzie, że mi chciałaś tyle rzeczy powiedzieć a ja Ci zasnęłam w pół słowa !
Hanka: Spoko, przyzwyczaiłam się ! I tak gadam, nawet jak wiem, że Ty już nie słyszysz !
Wstajemy o 10. Nawet mamy siłę żyć. Na 13 z trudem się wyrabiamy na crash kurs bachaty. Dziś już P2. Ale nadal nudy bo wszystko to już przewałkowałam po 1000 razy. Aczkolwiek i tak lepiej jak facet zna dwie figury na krzyż ale robi je dobrze niż jak zna ich sto a żadnej nie umie poprowadzić jak trzeba.
O 15 mamy godzinę przerwy przed drugim crash kursem. Siedzimy sobie wszyscy przed budynkiem i się opalamy. No prawie, bo przecież gadamy o tańcu więc co chwilę wstajemy i coś sobie nawzajem pokazujemy, czegoś się wszyscy uczymy. I się okazuje, że Rafał no.2. ma prawie codziennie jakieś zajęcia. W poniedziałek jest z nami na bachacie i na salsie i potem na imprezie, we wtorek ma kizombę P2 i P3 w jednej szkole zaraz po sobie i chodzi na obie, w czwartek w jednej szkole ma kizombę S2 i 15 minut na dotarcie do drugiej szkoły na bachatę S2, w piątek gdzieś chodzi na salsę S3 i potem z nami na bachatę i na imprezę na Miedzianej a w soboty i niedziele lata po crash kursach. Niech mi ktoś powie jeszcze raz, że to ja tańczę fanatycznie...
A cały ten taniec jest jak wirus. Wyjątkowo złośliwy. Wyciągnął mnie ojciec na bachatę (pewnie planował to jako moją kurację odchudzającą), namówił jeszcze Hankę żeby mi raźniej było, potem poszłam na salsę bo była zaraz potem i Hanka chciała żeby jej było raźniej. Zgrane towarzystwo spowodowało, że wylądowałyśmy jeszcze na bachacie w piątek. Hanka ze względu na małą praktykę chciała ogarnąć jeszcze crash kurs z tego samego i mnie wyciągnęła. Na imprezach często grają kizombę, nie wypada nic nie umieć i biegniemy na kolejny crash kurs. W pogoni za jakimś facetem wylądowałyśmy w jakiejś piwnicy na Pradze gdzie tańczą cubanę. Fajnie wygląda, trzeba liznąć podstawy. I kolejny kurs. Zaraz się zacznie, że zouk przecież trochę podobny do bachaty i też ładnie wygląda, że jak tańczymy salsę Los Angeles to wypadałoby też umieć salsę New York, jak się tańczy cubanę to rueda jest naturalną koleją rzeczy. I może jeszcze tango argentyńskie bo tego nikt nie umie a przecież trzeba się wyróżniać.
Wpadamy z Hanką na mądrości życiowe w stylu "ładni faceci zazwyczaj tańczą słabo, brzydcy wymiatają". Myślę, że to wina kobiet. Jak widzą ładnego faceta to automatycznie same szyją jak mogą żeby wszystko wyszło. I on się nigdy nie nauczy, że coś prowadzi źle. Na kursie wszystkie mu będą tańczyły na pamięć, na imprezie obce dziewczyny już tego nie zrobią. Ja już dawno stwierdziłam, że dla nikogo nie będę miła, nie ważne co umiem, ważne co poprowadzisz. Nie umiesz = nie wyjdzie. Dlatego się mnie fajnie prowadzi tym co umieją. W pewnym momencie ogarnęłam, że to, że nie wychodzi to nie moja wina bo jak zatańczę to samo z którymkolwiek Rafałem to wyjdzie. Czyli ja swoje ogarniam. Now it's up to you.
Po crash kursie Rafał no.2. próbuje wszystkich namawiać, żebyśmy się wybrali na imprezę salsową na barce na Wiśle albo do Salsa Libre. Nie wiem jak reszta ale ja mam dość. 6 godzin tańczenia w piątek, 5 godzin tańczenia w sobotę, a jeszcze niedziela z crash kursami przede mną. Wracam do domu. Ale wierzę, że kilka osób akurat w tym momencie tańczy zamiast się zbierać do spania
Z zajęć na imprezę jadę już z Rafałem i Bucem. Jak Buc jedzie to wódka musi być. Choć za mało żeby to nawet poczuć. Ale i tak jest wesoło. Rafał puścił własną muzykę, doskonale już ją znamy. I powtarzamy jeden kawałek ze trzy razy i śpiewamy go we trójkę komentując jakiż ten tekst jest prawdziwy.
People told me slow my roll I'm screaming out fuck that
Imma do just what I want lookin’ ahead no turnin’ back
if I fall, if I die know I lived it to the fullest
if I fall, if I die know I lived and missed some bullets
I'm on the pursuit of happiness and I know
Everything that shine ain't always gonna be gold
I'll be fine once I get it, I'll be good.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=1V5On7PmI6s[/youtube]
W Dos Mundos leci lekcja przedimprezowa z bachaty dominikańskiej solo. Mnie to nie kręci ale stoję z boku, patrzę co tam Hanka i koleżanki z zajęć wyczarują. Potem idziemy tradycyjnie na balkon. Rafał stoi z jakąś dziewczyną i z nią gada, ja siedzę z Hanką kawałek dalej.
Hanka: To ta jego dziewczyna ?
Ja: Nie no, tamta jest blondynką.
Hanka: Ale ona się klei do niego.
Ja: Hahaha, norma
Hanka: Zamorduję zaraz obydwoje !
Ja: Daj spokój, dam im żyć we własnym świecie. W nim naprawdę nie ma nic fajnego. Ale szczerze mówiąc myślałam, że to Ty go wykończysz a nie on Ciebie. Skończyło się najlepiej jak mogło, wierz mi. Nie musisz uciekać z zajęć, nie ma żadnej złej atmosfery, nikt nic nie wie. Przejdzie Ci. Cierpliwości.
Idziemy tańczyć. Dzień wymiataczy, bez kitu. Ogarniam, ale tempo jest zabójcze, cała masa figur, podstawowego to oni chyba dawno już nie pamiętają. Hanka znowu płacze, że nic nie umie i żebym ją nauczyła. Akurat puszczają przeróbkę świętości - Metallica, Unforgiven. Zamieniam się na moment w faceta. Podstawowego nie trzeba prowadzić, sama pójdzie. Ale już przy najzwyklejszym obrocie zaczynam współczuć facetom. Zasygnalizować na czas, zrobić to w rytmie. Chwila za późno i w najlepszym przypadku zrobi spina, w najgorszym nigdzie nie pójdzie bo nie zdąży. A to dopiero początek. Próbuję sobie przypominać jak faceci prowadzą różne rzeczy i skąd ja wiem, że to akurat ta figura a nie żadna inna. Jak zawsze są dwie strony medalu. Jako dziewczyna wkładam na kursie cały swój wysiłek w rozumienie prowadzenia, w wyłapywanie pewnych gestów, które czasem są naprawdę symboliczne. A teraz sama muszę te komunikaty przekazywać, najczytelniej jak się da. Ale jaka satysfakcja jak wyjdzie ! Teraz wiem na pewno, że jak coś nie wychodzi to jest to wina faceta. Kropka.
Ja: Ej, to fajne jest ! Na następny crash bachaty też idziemy i robię za faceta !
Hanka: Prowadzisz lepiej niż połowa facetów na kursie !
Ja: Wiem, właśnie widzę, że wychodzi ! Chyba instruktorką zostanę ! P1 już mogę uczyć !
Hanka: Hahaha, ostatnio Twój ojciec powiedział, że skoro tak polubiłaś tańczyć i tyle czasu na to poświęcasz to pewnie w końcu instruktorką gdzieś zostaniesz !
Piotrek mnie wyciągnął na salsę. Uwielbiam. I uwielbiam z nim bo chodził z moim ojcem na jeden kurs i tańczą tak samo. A ja przecież od ojca nauczyłam się prawie wszystkiego. Ale tam się nie da wytrzymać. Nie ma klimatyzacji tylko wiatraki, a tempo jest przecież kilkukrotnie szybsze niż w bachacie. Więcej przez całą imprezę tam nie pójdę.
Za to kizomba już nie powoduje nerwowego spuszczania wzroku i uciekania gdziekolwiek, byle dalej. Sama wyciągam Piotrka bo jest na tym crash kursie najlepszy. I tak pięć kolejnych kawałków sobie ćwiczymy to co na tym crash kursie było. Niby tylko połowa poziomu P1 a wcale nie jest nudno i trochę tego materiału jest. A jak zostanę w tym na dłużej to na pewno się okaże, że to są absolutne podstawy i wymiatacze takich rzeczy nie robią bo nudne.
Zostajemy na bachacie.
Piotrek: Jak ja lubię z Tobą tańczyć ! Z bachaty jestem sporo gorszy od Ciebie a Ty i tak uśmiechnięta. W ogóle nosa nie zadzierasz.
Ja: Jak kiedyś zacznę to mi przypomnij mój pierwszy dzień na kursie. Jak przyszłam przestraszona, niepewna siebie, z przekonaniem, że nic nie umiem i że w ogóle nie powinno mnie tam być.
Piotrek: Pamiętam. I pamiętam jak Cię wszyscy namawialiśmy, żebyś potem na salsie została bo też się bałaś, że jak na P2 to za mało umiesz.
Przy następnym secie kizomby przybiega Dominik. Znałam go wcześniej, bywaliśmy na tych samych imprezach. Też przyszedł na crasha z kizomby. Ten świat jest mały. Ciągle powtarza, że jestem jego ulubioną partnerką kizombową. Wierzę, mi się z nim też fajnie tańczy. Wałkujemy wszystko co było plus dodatkowo jakieś własne inwencje Dominika.
Leci następna kizomba a Hanka mówi, że Rafał no.2. jest na poziomie S z tego. Tak się patrzę na niego.
Ja: Rafał, jesteś z kizomby na S ?
Rafał: <śmiech>
Ja: To chodź !
I tańczymy całe 5 kawałków, on bardziej bada co już było a co nie, coś mi tam pokazuje nowego. "Side męski", "side damski", "podwójny side i przeprowadzenie". Jak to jutro będzie na crash kursie to będę wymiatać.
Koniec imprezy. Na ostatnią piosenkę puszczają disco polo. Naprawdę. Disco polo. Rafał no.1. już gdzieś uciekł, to zabieram Piotrka i tańczymy dyskotekowy, bo akurat też to potrafi. Na całym parkiecie tylko w trzy pary jesteśmy. Wygłupy, zabawa, śmiech zarówno nasz jak i obserwujących. Chyba zrezygnuję z salsotek, przeniosę się na imprezy w remizach.
Rafał czeka, żeby mnie odwieźć ale zabieram się z Hanką do Piaseczna, w sobotę pojedziemy razem na crash kursy bachaty i kizomby.
Ja: Ale ja nic nie mam na zmianę, muszę do domu podjechać !
Hanka: Ja Ci dam sukienkę ! Kiedyś taka sama szczupła mysza byłam jak Ty !
Znowu smażymy frytki. Znowu się dzielimy swoimi mądrościami życiowymi. Nawet robimy na szybko 30 minutowy crash kurs z crash kursu kizomby bo Hanka chce pójść ze mną. Szybko jej wpada w ucho kawałek z dzisiejszego Rafałobusa i mruczymy sobie do rana razem.
I'm on the pursuit of happiness and I know
Everything that shine ain't always gonna be gold
I'll be fine once I get it, I'll be good.
Kładziemy się o 6 rano. Ta jak zwykle trajkocze. Ja jak tylko głowę do poduszki przyłożę to mnie nie ma. Co najwyżej odpowiadam jakieś kompletne głupoty w zależności od tego co mi się już śnić zaczyna.
Ja: Hanka, wyłącz fonię, proszę Cię, bo ja za sekundę zasnę i jak wstanę to mi znowu wstyd będzie, że mi chciałaś tyle rzeczy powiedzieć a ja Ci zasnęłam w pół słowa !
Hanka: Spoko, przyzwyczaiłam się ! I tak gadam, nawet jak wiem, że Ty już nie słyszysz !
Wstajemy o 10. Nawet mamy siłę żyć. Na 13 z trudem się wyrabiamy na crash kurs bachaty. Dziś już P2. Ale nadal nudy bo wszystko to już przewałkowałam po 1000 razy. Aczkolwiek i tak lepiej jak facet zna dwie figury na krzyż ale robi je dobrze niż jak zna ich sto a żadnej nie umie poprowadzić jak trzeba.
O 15 mamy godzinę przerwy przed drugim crash kursem. Siedzimy sobie wszyscy przed budynkiem i się opalamy. No prawie, bo przecież gadamy o tańcu więc co chwilę wstajemy i coś sobie nawzajem pokazujemy, czegoś się wszyscy uczymy. I się okazuje, że Rafał no.2. ma prawie codziennie jakieś zajęcia. W poniedziałek jest z nami na bachacie i na salsie i potem na imprezie, we wtorek ma kizombę P2 i P3 w jednej szkole zaraz po sobie i chodzi na obie, w czwartek w jednej szkole ma kizombę S2 i 15 minut na dotarcie do drugiej szkoły na bachatę S2, w piątek gdzieś chodzi na salsę S3 i potem z nami na bachatę i na imprezę na Miedzianej a w soboty i niedziele lata po crash kursach. Niech mi ktoś powie jeszcze raz, że to ja tańczę fanatycznie...
A cały ten taniec jest jak wirus. Wyjątkowo złośliwy. Wyciągnął mnie ojciec na bachatę (pewnie planował to jako moją kurację odchudzającą), namówił jeszcze Hankę żeby mi raźniej było, potem poszłam na salsę bo była zaraz potem i Hanka chciała żeby jej było raźniej. Zgrane towarzystwo spowodowało, że wylądowałyśmy jeszcze na bachacie w piątek. Hanka ze względu na małą praktykę chciała ogarnąć jeszcze crash kurs z tego samego i mnie wyciągnęła. Na imprezach często grają kizombę, nie wypada nic nie umieć i biegniemy na kolejny crash kurs. W pogoni za jakimś facetem wylądowałyśmy w jakiejś piwnicy na Pradze gdzie tańczą cubanę. Fajnie wygląda, trzeba liznąć podstawy. I kolejny kurs. Zaraz się zacznie, że zouk przecież trochę podobny do bachaty i też ładnie wygląda, że jak tańczymy salsę Los Angeles to wypadałoby też umieć salsę New York, jak się tańczy cubanę to rueda jest naturalną koleją rzeczy. I może jeszcze tango argentyńskie bo tego nikt nie umie a przecież trzeba się wyróżniać.
Wpadamy z Hanką na mądrości życiowe w stylu "ładni faceci zazwyczaj tańczą słabo, brzydcy wymiatają". Myślę, że to wina kobiet. Jak widzą ładnego faceta to automatycznie same szyją jak mogą żeby wszystko wyszło. I on się nigdy nie nauczy, że coś prowadzi źle. Na kursie wszystkie mu będą tańczyły na pamięć, na imprezie obce dziewczyny już tego nie zrobią. Ja już dawno stwierdziłam, że dla nikogo nie będę miła, nie ważne co umiem, ważne co poprowadzisz. Nie umiesz = nie wyjdzie. Dlatego się mnie fajnie prowadzi tym co umieją. W pewnym momencie ogarnęłam, że to, że nie wychodzi to nie moja wina bo jak zatańczę to samo z którymkolwiek Rafałem to wyjdzie. Czyli ja swoje ogarniam. Now it's up to you.
Po crash kursie Rafał no.2. próbuje wszystkich namawiać, żebyśmy się wybrali na imprezę salsową na barce na Wiśle albo do Salsa Libre. Nie wiem jak reszta ale ja mam dość. 6 godzin tańczenia w piątek, 5 godzin tańczenia w sobotę, a jeszcze niedziela z crash kursami przede mną. Wracam do domu. Ale wierzę, że kilka osób akurat w tym momencie tańczy zamiast się zbierać do spania
- Dawid84
- LEGENDA

- Posty: 2997
- Rejestracja: 27 lis 2006, 21:40
iza_doria pisze:Bez spóźnienia, bez picia. Jednak bez "rozgrzewki" to nie to samo. Albo się trzeba roztańczyć albo jednak coś wcześniej wypić, żeby to wszystko tak fajnie, leciutko szło.
Brrr, aż mi się przypomniała ostatnia 18tka na której byłem kierowcą. O zgrozo. Z przerażeniem szło zauważyć jak człowiek ma ubogi zakres kroków tanecznych, co akurat jest dziwne bo po alko jestem królem parkietu.
- Soya
- LEGENDA

- Posty: 2386
- Rejestracja: 23 paź 2009, 16:27
Dawid84 pisze:Brrr, aż mi się przypomniała ostatnia 18tka na której byłem kierowcą. O zgrozo. Z przerażeniem szło zauważyć jak człowiek ma ubogi zakres kroków tanecznych, co akurat jest dziwne bo po alko jestem królem parkietu.
[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=WVu23_Tu81A[/youtube]
Coś nie daję się, zamieścić konkretnego fragmentu, ale fragment od 1:10 idealnie to podsumowuje

- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Panowie, odrobina alkoholu przed tańcami jest bardzo wskazana. Nadmiar przeszkadza a wręcz czyni tańczenie tego wszystkiego co mnie aktualnie wciągnęło niewykonalnym. Dlatego dziś przed crash kursami sama sobie drinka zapodałam. Breezer, śladowa ilość, ale jednak rozluźnia trochę to drewno, które we mnie siedzi zanim się roztańczę na dobre.
Crash kurs bachaty. Na naszą prośbę zrobili kontynuację. W pierwszy weekend prawie wszyscy faceci tam byli kwadratowi. Trzeci weekend i już się daje z nimi tańczyć. Nadal im sporo brakuje do tego żebym ich szukała wzrokiem na imprezach ale przynajmniej się przestałam męczyć. Nie sądziłam, że to tyle daje. Myślałam, że standardowe kursy są lepsze bo wszystko ma czas się ułożyć w głowie i w nogach. Crash kursy uważałam, że były dobre na powtórkę wszystkiego, bo niby dwie godziny zajęć ale przerabia się de facto trzy zajęcia bo rozgrzewka jest tylko jedna, a to spora strata czasu. Duża ilość materiału, przez tydzień może sporo z głowy wylecieć jak się nie trenuje. A ci faceci naprawdę coraz mniej kwadratowi.
Wczoraj była godzina przerwy między crashem z bachaty a crashem kizomby. Też tańczyliśmy ale trochę człowiek jednak posiedział. Dzisiaj są zajęcia "Bachata ladies styling open level". Pójdziemy z Hanką, a jakże. Wyganiamy Hanki męża żeby nam jakieś ciastka w międzyczasie ogarnął. Pozbyłyśmy się jednego obserwatora ale połowa facetów i tak siada pod ścianą i ogląda co my tam wyczyniamy. Tempo zawrotne a ja akurat stoję w pierwszym rzędzie więc muszę się wyjątkowo przykładać. Przynajmniej nas faceci brawami nagrodzili na koniec zajęć.
Minuta przerwy gdzie padam na fotel jak kłoda i leżę bez siły i chęci do życia. Kizomba. I znowu dwie godziny na nogach. Naprawdę dużo dają te crash kursy, czuję że już mogę iść na imprezę, zatańczyć z losowym facetem i ogarniać większość tego co zrobi. I tak ogarniałam, bo to kwestia prowadzenia. Jak facet umie a dziewczyna się daje prowadzić to i tak wszystko ładnie idzie. Ale teraz będę przynajmniej świadoma tego co robię. Do wymiatania daleka droga, trzeba swoje wydreptać.
Po zajęciach wszyscy się nawzajem pytają o LaPlayę. Chwilowo to ja z trudem stoję na nogach. I mam szpilkowstręt. Co prawda w LaPlayi szpilki nie przejdą ale po tych 5 godzinach na nogach ogólnie mam wszystkowstręt. I mam ochotę pochodzić sobie wreszcie wszędzie tam gdzie ja chcę a nie tam gdzie mnie facet poprowadzi. Ale Hanka się upiera, że godzinę posiedzimy w samochodzie a potem pojedziemy chociaż na chwilę. Chyba muszę ogarnąć zmartwychwstawanie. Crash kurs, poziom Z w godzinę.
I jesteśmy. Pijemy z Hanką po drinku na lepsze prowadzenie. Ale nie wiadomo po co bo jest garstka ludzi. Na salsie leci cubana i są ze dwie pary, na parkiecie sensual leci zouk i jedna para wymiata. I jest zimno. Po godzinie zaczyna się robić tłum. I robi się gorąco. Bluza wraca do samochodu.
Tańczę kizombę z kolegą z crash kursu. Nie idzie prawie nic. I mu nie podpowiem co ma robić lepiej bo ja sama dopiero zaczynam. Tańczę też bachatę z jakimś przypadkowym chłopakiem. Idzie dobrze, fajnie mi się tańczy. Nawet jak puszczają jakąś siekierę, dwieście kroków na sekundę.
Co chwila ktoś przechodzi, mówi "cześć". Cholera, nie ogarniam. Twarz znajoma ale skąd ja go znam. Z którego kursu. Co on tańczy. Jeden z tej grupy mnie wyciąga na bachatę. Wymiata więc na pewno nie z crash kursu. I na pewno nie z poniedziałku bo stamtąd znam wszystkich. Z kizomby też go nie kojarzę. Z cubany nie znam nikogo bo tam poszłam dwa razy i zrezygnowałam. Więc musi być z piątku. Tańczy super, może bym mu tylko zmniejszyła zamiłowanie do drzewa, bo tego wybitnie nie lubię. I się zgadaliśmy jeszcze na kizombę bo chłopak podobno jest na Z1. Myślałam, że mnie czegoś ciekawego nauczy ale tradycyjnie sobie tylko dreptałam tak jak prowadził. Szło bardzo dobrze, ale nadal nie wiem co to za figury. Zatańczyliśmy też salsę i też wymiatał, choć raczej na tym samym poziomie co ja. Potem puścili sembę czy cokolwiek to było. Taka szybka kizomba. Zupełnie co innego, zawsze się człowiek na to patrzył i mu się oczy powiększały do rozmiaru pięciozłotówek. Nie wiadomo czy są z tego kursy, czy może wystarczy ogarnąć kizombę. Ale zawsze to było coś o co się nie podejrzewałam że kiedykolwiek to zatańczę. A ja to wymiatałam ! Fakt, że to jego zasługa. Ja ogarnęłam P1, tyle co musiałam, żeby wiedzieć jak się nogi stawia. Ale też najlepiej wolno żebym się miała czas zastanowić. A tu lataliśmy po całym prawie pustym parkiecie i nie wierzę żebym zrobiła cokolwiek nie tak jak trzeba. Do nagrania i wrzucenia na youtube. Absolutnie doskonałe ! Zamykają parkiet sensual i na zakończenie puszczają dwa kawałki disco polo. W Dos Mundos mnie to dziwiło, a to chyba powszechne. I jako, że już prawie nikogo tam nie ma, znowu tańczę z tym facetem. Dyskotekowy. Myślę sobie "no, uważaj, w tym to akurat ja dobra jestem". Tia, nie tylko ja. Tancerz absolutnie genialny.
Po zamknięciu parkietu spotyka się cała nasza ekipa z poniedziałku i spadamy w kierunku samochodów. Jutro znów się zobaczymy. Niedługo chyba zacznę mówić "niestety". Piątek 6 godzin tańczenia, sobota 5 godzin, niedziela 9 godzin. W poniedziałek kolejne 4.
Crash kurs bachaty. Na naszą prośbę zrobili kontynuację. W pierwszy weekend prawie wszyscy faceci tam byli kwadratowi. Trzeci weekend i już się daje z nimi tańczyć. Nadal im sporo brakuje do tego żebym ich szukała wzrokiem na imprezach ale przynajmniej się przestałam męczyć. Nie sądziłam, że to tyle daje. Myślałam, że standardowe kursy są lepsze bo wszystko ma czas się ułożyć w głowie i w nogach. Crash kursy uważałam, że były dobre na powtórkę wszystkiego, bo niby dwie godziny zajęć ale przerabia się de facto trzy zajęcia bo rozgrzewka jest tylko jedna, a to spora strata czasu. Duża ilość materiału, przez tydzień może sporo z głowy wylecieć jak się nie trenuje. A ci faceci naprawdę coraz mniej kwadratowi.
Wczoraj była godzina przerwy między crashem z bachaty a crashem kizomby. Też tańczyliśmy ale trochę człowiek jednak posiedział. Dzisiaj są zajęcia "Bachata ladies styling open level". Pójdziemy z Hanką, a jakże. Wyganiamy Hanki męża żeby nam jakieś ciastka w międzyczasie ogarnął. Pozbyłyśmy się jednego obserwatora ale połowa facetów i tak siada pod ścianą i ogląda co my tam wyczyniamy. Tempo zawrotne a ja akurat stoję w pierwszym rzędzie więc muszę się wyjątkowo przykładać. Przynajmniej nas faceci brawami nagrodzili na koniec zajęć.
Minuta przerwy gdzie padam na fotel jak kłoda i leżę bez siły i chęci do życia. Kizomba. I znowu dwie godziny na nogach. Naprawdę dużo dają te crash kursy, czuję że już mogę iść na imprezę, zatańczyć z losowym facetem i ogarniać większość tego co zrobi. I tak ogarniałam, bo to kwestia prowadzenia. Jak facet umie a dziewczyna się daje prowadzić to i tak wszystko ładnie idzie. Ale teraz będę przynajmniej świadoma tego co robię. Do wymiatania daleka droga, trzeba swoje wydreptać.
Po zajęciach wszyscy się nawzajem pytają o LaPlayę. Chwilowo to ja z trudem stoję na nogach. I mam szpilkowstręt. Co prawda w LaPlayi szpilki nie przejdą ale po tych 5 godzinach na nogach ogólnie mam wszystkowstręt. I mam ochotę pochodzić sobie wreszcie wszędzie tam gdzie ja chcę a nie tam gdzie mnie facet poprowadzi. Ale Hanka się upiera, że godzinę posiedzimy w samochodzie a potem pojedziemy chociaż na chwilę. Chyba muszę ogarnąć zmartwychwstawanie. Crash kurs, poziom Z w godzinę.
I jesteśmy. Pijemy z Hanką po drinku na lepsze prowadzenie. Ale nie wiadomo po co bo jest garstka ludzi. Na salsie leci cubana i są ze dwie pary, na parkiecie sensual leci zouk i jedna para wymiata. I jest zimno. Po godzinie zaczyna się robić tłum. I robi się gorąco. Bluza wraca do samochodu.
Tańczę kizombę z kolegą z crash kursu. Nie idzie prawie nic. I mu nie podpowiem co ma robić lepiej bo ja sama dopiero zaczynam. Tańczę też bachatę z jakimś przypadkowym chłopakiem. Idzie dobrze, fajnie mi się tańczy. Nawet jak puszczają jakąś siekierę, dwieście kroków na sekundę.
Co chwila ktoś przechodzi, mówi "cześć". Cholera, nie ogarniam. Twarz znajoma ale skąd ja go znam. Z którego kursu. Co on tańczy. Jeden z tej grupy mnie wyciąga na bachatę. Wymiata więc na pewno nie z crash kursu. I na pewno nie z poniedziałku bo stamtąd znam wszystkich. Z kizomby też go nie kojarzę. Z cubany nie znam nikogo bo tam poszłam dwa razy i zrezygnowałam. Więc musi być z piątku. Tańczy super, może bym mu tylko zmniejszyła zamiłowanie do drzewa, bo tego wybitnie nie lubię. I się zgadaliśmy jeszcze na kizombę bo chłopak podobno jest na Z1. Myślałam, że mnie czegoś ciekawego nauczy ale tradycyjnie sobie tylko dreptałam tak jak prowadził. Szło bardzo dobrze, ale nadal nie wiem co to za figury. Zatańczyliśmy też salsę i też wymiatał, choć raczej na tym samym poziomie co ja. Potem puścili sembę czy cokolwiek to było. Taka szybka kizomba. Zupełnie co innego, zawsze się człowiek na to patrzył i mu się oczy powiększały do rozmiaru pięciozłotówek. Nie wiadomo czy są z tego kursy, czy może wystarczy ogarnąć kizombę. Ale zawsze to było coś o co się nie podejrzewałam że kiedykolwiek to zatańczę. A ja to wymiatałam ! Fakt, że to jego zasługa. Ja ogarnęłam P1, tyle co musiałam, żeby wiedzieć jak się nogi stawia. Ale też najlepiej wolno żebym się miała czas zastanowić. A tu lataliśmy po całym prawie pustym parkiecie i nie wierzę żebym zrobiła cokolwiek nie tak jak trzeba. Do nagrania i wrzucenia na youtube. Absolutnie doskonałe ! Zamykają parkiet sensual i na zakończenie puszczają dwa kawałki disco polo. W Dos Mundos mnie to dziwiło, a to chyba powszechne. I jako, że już prawie nikogo tam nie ma, znowu tańczę z tym facetem. Dyskotekowy. Myślę sobie "no, uważaj, w tym to akurat ja dobra jestem". Tia, nie tylko ja. Tancerz absolutnie genialny.
Po zamknięciu parkietu spotyka się cała nasza ekipa z poniedziałku i spadamy w kierunku samochodów. Jutro znów się zobaczymy. Niedługo chyba zacznę mówić "niestety". Piątek 6 godzin tańczenia, sobota 5 godzin, niedziela 9 godzin. W poniedziałek kolejne 4.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Pojechałam wczoraj na godzinę na Noche de Cuba. Tyle znajomych osób. Zośka. Jak mi jej brakuje czasem. 150 cm wzrostu w kapeluszu a 150 mądrości życiowych na minutę. "Tydzień. Tyle przeciętnemu facetowi zajmuje okazanie się tępym ch*jem". Niestety do cubany się nie przekonałam. Poszłam na dwa zajęcia i zrezygnowałam.
Tańczę bachatę z jakimś chłopakiem. Zazwyczaj jak się tańczy to się nie rozmawia. A ten gada.
[...]
X: Skąd w ogóle pomysł żeby tańczyć ?
Ja: Ojciec kiedyś do mnie zadzwonił, że mam zaraz przyjechać na Ursynów bo nas na kurs bachaty zapisał.
X: Najciekawszy tekst jaki słyszałem ! Zazwyczaj dziewczyny tańczą bo się z facetem rozstały a jego się nie dało przekonać na kurs.
Ja: To też po części prawda.
X: Ale zaraz, ojciec ?! To ile Ty masz lat ? 16 ? 18 ?
Ja: Tak, 18... W grudniu skończę, po raz 11 z rzędu.
X: Na 4 z rzędu max wyglądasz.
Ja: Dzięki.
X: Ale w szoku jestem, że się do wieku przyznajesz.
A co to za różnica ile mam lat skoro dopiero od 4 miesięcy czuję, że żyję. Nie jest ważna ilość lat w życiu ale ilość życia w latach.
X: Od ilu lat tańczysz ?
Ja: Hahaha, lat ! Od 4 miesięcy !
X: Nie no, ja tańczę półtora roku, wiem jak tańczą dziewczyny po 4 miesiącach.
Ja: No właśnie, słabo
X: Ciebie to nie dotyczy. To ile czasu tańczysz ?
Ja: 4 miesiące, powaga.
X: Nie ! Nie da się takich izolacji w cztery miesiące nauczyć ! Fizycznie niewykonalne !
I mi nie uwierzył. Izolacje. Pamiętam swoje chyba drugie piątkowe zajęcia. Po lekkiej ilości alkoholu w Rafałobusie. Instruktor mówi, że zrobimy powtórkę fali. Ze śmiechu mi wszystko zafalowało. Powtórkę kurczę. Zobaczyłam raz jak to się robi i sru. Facet z którym wtedy tańczyłam powiedział, że mi to super wyszło, że najlepsza fala jaką do tej pory widział. A ja w śmiech i mówię, że pierwszy raz w życiu falę robiłam. Raczej nie uwierzył. Sama bym sobie nie uwierzyła. Do tej pory jak patrzę na koleżanki z kursów to są jak zespawane od pasa w górę. Niech sobie machną jakieś piwko przed następnymi zajęciami to może im te nity popuszczają. Może o to w izolacjach chodzi. W ogóle na crash kursie z kizomby instruktorzy zalecali żeby coś sobie delikatnie wypić przed zajęciami.
Dziś poszłam pobiegać. Z ambitnym planem, że te 5 kółek zrobię.
1 kółko. Ile ja już biegam ? Godzinę ? A nie. 6 minut...
2 kółko. Co to za muzyka ? Jak ja mogłam do tego biegać ?! Co to jest ?! Soundtrack do "Sali samobójców" czy jak ?! Gdzie jest coś wesołego ?!
3 kółko. Kurde, po co ja biegam ?! Zawsze biegałam jak miałam zły humor, żeby sobie wszystko w głowie poukładać. Dziś mam dobry humor. Wszystko poukładane. Po co się tak męczyć ?!
4 kółko. "Kiedy zbliżasz się do drzwi możliwości, nie pukaj. Wpie**alaj się tam z buta, uśmiechnij się i przedstaw"
5 kółko. Nie no, nie wracam, jeszcze ze dwa kółka zrobię.
Tańczę bachatę z jakimś chłopakiem. Zazwyczaj jak się tańczy to się nie rozmawia. A ten gada.
[...]
X: Skąd w ogóle pomysł żeby tańczyć ?
Ja: Ojciec kiedyś do mnie zadzwonił, że mam zaraz przyjechać na Ursynów bo nas na kurs bachaty zapisał.
X: Najciekawszy tekst jaki słyszałem ! Zazwyczaj dziewczyny tańczą bo się z facetem rozstały a jego się nie dało przekonać na kurs.
Ja: To też po części prawda.
X: Ale zaraz, ojciec ?! To ile Ty masz lat ? 16 ? 18 ?
Ja: Tak, 18... W grudniu skończę, po raz 11 z rzędu.
X: Na 4 z rzędu max wyglądasz.
Ja: Dzięki.
X: Ale w szoku jestem, że się do wieku przyznajesz.
A co to za różnica ile mam lat skoro dopiero od 4 miesięcy czuję, że żyję. Nie jest ważna ilość lat w życiu ale ilość życia w latach.
X: Od ilu lat tańczysz ?
Ja: Hahaha, lat ! Od 4 miesięcy !
X: Nie no, ja tańczę półtora roku, wiem jak tańczą dziewczyny po 4 miesiącach.
Ja: No właśnie, słabo
X: Ciebie to nie dotyczy. To ile czasu tańczysz ?
Ja: 4 miesiące, powaga.
X: Nie ! Nie da się takich izolacji w cztery miesiące nauczyć ! Fizycznie niewykonalne !
I mi nie uwierzył. Izolacje. Pamiętam swoje chyba drugie piątkowe zajęcia. Po lekkiej ilości alkoholu w Rafałobusie. Instruktor mówi, że zrobimy powtórkę fali. Ze śmiechu mi wszystko zafalowało. Powtórkę kurczę. Zobaczyłam raz jak to się robi i sru. Facet z którym wtedy tańczyłam powiedział, że mi to super wyszło, że najlepsza fala jaką do tej pory widział. A ja w śmiech i mówię, że pierwszy raz w życiu falę robiłam. Raczej nie uwierzył. Sama bym sobie nie uwierzyła. Do tej pory jak patrzę na koleżanki z kursów to są jak zespawane od pasa w górę. Niech sobie machną jakieś piwko przed następnymi zajęciami to może im te nity popuszczają. Może o to w izolacjach chodzi. W ogóle na crash kursie z kizomby instruktorzy zalecali żeby coś sobie delikatnie wypić przed zajęciami.
Dziś poszłam pobiegać. Z ambitnym planem, że te 5 kółek zrobię.
1 kółko. Ile ja już biegam ? Godzinę ? A nie. 6 minut...
2 kółko. Co to za muzyka ? Jak ja mogłam do tego biegać ?! Co to jest ?! Soundtrack do "Sali samobójców" czy jak ?! Gdzie jest coś wesołego ?!
3 kółko. Kurde, po co ja biegam ?! Zawsze biegałam jak miałam zły humor, żeby sobie wszystko w głowie poukładać. Dziś mam dobry humor. Wszystko poukładane. Po co się tak męczyć ?!
4 kółko. "Kiedy zbliżasz się do drzwi możliwości, nie pukaj. Wpie**alaj się tam z buta, uśmiechnij się i przedstaw"
5 kółko. Nie no, nie wracam, jeszcze ze dwa kółka zrobię.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Dzisiaj ja robiłam za imprezowego busa. Kurs na Ursynów po chłopaków. A oni wsiedli z pół litra Żołądkowej. No... będzie się działo. Tylko nie wiem co, bo zapowiada się mega nudny wieczór. Wszystko takie jak zwykle, co tu się może wydarzyć. Absolutnie nic.
Dojeżdżamy na zajęcia o 21:05, ja mówię że idę bo zanim buty zmienię to i tak się zdąży rozgrzewka skończyć. Ale chłopaki chcą przeczekać do 21:15. Zostawiam im kluczyki do auta i spadam. A rozgrzewka już się zdążyła skończyć. O ile w ogóle była. Zdążyliśmy zrobić jakiś prosty układ z rollem. Rafał z Bucem przychodzą, już nawaleni, nie wiedzą co się w ogóle dzieje. Hanki nie ma. Ale jest jej mąż. Przywiózł mi sukienkę bo ją zostawiłam jak ostatnio u nich byłam. Na imprezę mówi, że nie jedzie bo powiedział, że wróci do domu po zajęciach. Tia, zaraz mu faceci wjechali na ego, że pantoflarz, że go Hanka za krótko trzyma. I musiał z nami jechać. Rafał mi sprowadził jeszcze jedną dziewczynę na pokład. A Toyka nie wiedzieć czemu jest 4-miejscowa. Ale Buc już mocno wstawiony więc beztrosko mówi "oj tam oj tam, jak dostaniemy mandat to ja go zapłacę !" Dobra, whatever, uzupełniamy zapasy w monopolowym i jedziemy w pięć osób. Butelka wędruje z przodu na tył i z powrotem. Niestety Buc siedzi z przodu więc nawet skrzynię biegów muszę obsługiwać lewą ręką bo prawą się muszę odganiać żeby mnie tą butelką na siłę nie napoił. A jest bardzo natarczywy. Muzykę puścił na cały regulator i wzmocnił bassy. Śpiewamy wszyscy jakiegoś Rickiego Martina.
Na Miedzianej stoimy pierwszą godzinę z hakiem na balkonie. Piję z chłopakami jakieś piwo, może ze 3/4 butelki w sumie wypiłam. I nawet idziemy tańczyć. Ktoś mnie zaraz porwał i widzę kątem oka jak Rafał obok coś próbuje ogarnąć ale mu to średnio idzie. Potem chyba sobie przypomniał złotą zasadę, że jak się pije to się nie tańczy bo już go więcej na parkiecie nie widziałam.
Jest ten facet co tak wymiatał w LaPlayi. O ile do tej pory się czułam bardziej kompetentna z bachaty tak z nim mi się najlepiej tańczy kizombę. A jeszcze lepiej tę szybką - sembę czy jakkolwiek to zwą. To ostatnie to jest czyste wymiatanie, nawet z mojej strony. Ale kizomba też z nim super wychodzi. Bachata na tych imprezach jest zawsze bardziej sensual, bardziej figurkowa, bardziej izolacyjna, to zupełnie inaczej wygląda niż to co tańczy Rafał. Umiem to wszystko, nie mam problemu żeby to zatańczyć ale po kilku takich kawałkach tęsknię za tą Rafałową spokojną, chodzoną bachatą. Niewielu ludzi to tańczy.
Wyciąga mnie jakiś chłopak na kizombę. Jeszcze nic nie zaczął prowadzić, jeszcze nie wie co ja umiem, jeszcze żadnego kroku nie zrobił a już mnie chce pouczać. Że ja tam muszę zejść mocno do dołu. Ja się nie rozczulam nigdy nad poprawnością, cokolwiek facet poprowadzi to ja mam to zatańczyć, bez względu na to czy taka figura istnieje czy nie. Po rollu podobno nie ma czegoś takiego, że się robi 360. A na imprezach większość facetów to robi. I ja na ich miejscu też bym robiła. I mam tego nie zatańczyć bo jakieś gwiazdy bachaty tego nie tańczą i nie uznają ? Anyway, ten koleś sobie wymyślił jakieś mocne zejście w dół, którego w kizombie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością nie ma nawet w lekkiej postaci i już mnie poucza jak ja mam to zrobić. Szlag mnie trafia na miejscu. Poprowadź to dobrze jak jesteś taki cwany a nie "jedziesz mała". A ten stoi i się produkuje. I tak ze trzy figury o których pierwsze słyszę (i pewnie każde moje guru kizombowe też by pierwsze słyszało). I jeszcze leci mój ulubiony kawałek kizomby a ja się muszę męczyć z tym bufonem. Coś niebywałego. Na szczęście zaraz puścili sembę i fanfaron widać żadnej figury z kosmosu do tego stworzyć nie umiał. Podejrzewam, że ten koleś nawet nie umiał tańczyć, bo tak jak mówię - on nie poprowadził ani sekundy normalnych kroków.
Marlena mi zaraz szczerze współczuje, bo też raz na tego faceta trafiła i mówi, że z nim więcej nie zatańczy. Ja tańca nie odmawiam nigdy i nikomu więc co jedynie skupiłam się na tak ironicznym uśmiechu żeby sam więcej nie wpadł na pomysł mnie poprosić. Przecież i tak nie umiem tych jego cudactw.
Rafał gdzieś znika, nigdzie go nie ma. Nie żebym go szukała. No dobra, po godzinie czasu to już go razem z Bucem szukamy. A on nam odpisuje, że już za bardzo nawalony był, zabrał się z jakąś koleżanką i pojechał. Mógł się słowem odezwać, że idzie. Ale nie od dziś wiadomo, że momentami zachowuje się jak dzieciak.
1:30 w nocy, Buc kontakt z rzeczywistością ma już tylko przez milimetrowe odstępy między powiekami. Ciężko go zrozumieć. Mam tylko nadzieję, że go nie będę musiała nieść do domu. Do samochodu go jakoś wtaszczę, wrzucę na tylne siedzenie i zaśnie, jak zwykle. Byle by się dał potem dobudzić i żeby złapał autopilota. O, Marlena. Oferuję podwózkę na Ursynów i od razu jakoś raźniej we dwie się Buca sprowadza ze schodów.
Wsiadamy do auta. Jak nie huknie tymi bassami ! Buc niewzruszony kompletnie, Marlena aż podskoczyła. Mówię "tak, before party-brak-polskiej-licencji! tu było" i ściszam, ściszam, ściszam. Jedziemy spokojnie Puławską, Buc chrapie, my z Marleną gadamy. Blokada policyjna. I dmucham. Koleś chyba nie uwierzył patrząc co wiozę na kanapie z tyłu bo kazał mi dmuchać jeszcze raz. Oczywiście czysto.
Buc na szczęście się łatwo obudził. Wysiadł z auta, pomarudził chwilę, że on tu przecież nie mieszka po czym nawiązał kontakt z satelitą i ruszył autopilotem do domu. Podwiozłam jeszcze Marlenę i sama do domu. I nie śpię bo zaraz muszę znowu wyjść...
Jak człowiek myśli, że będzie nudno to zawsze się coś po drodze zdarzy żeby nie było.
Dojeżdżamy na zajęcia o 21:05, ja mówię że idę bo zanim buty zmienię to i tak się zdąży rozgrzewka skończyć. Ale chłopaki chcą przeczekać do 21:15. Zostawiam im kluczyki do auta i spadam. A rozgrzewka już się zdążyła skończyć. O ile w ogóle była. Zdążyliśmy zrobić jakiś prosty układ z rollem. Rafał z Bucem przychodzą, już nawaleni, nie wiedzą co się w ogóle dzieje. Hanki nie ma. Ale jest jej mąż. Przywiózł mi sukienkę bo ją zostawiłam jak ostatnio u nich byłam. Na imprezę mówi, że nie jedzie bo powiedział, że wróci do domu po zajęciach. Tia, zaraz mu faceci wjechali na ego, że pantoflarz, że go Hanka za krótko trzyma. I musiał z nami jechać. Rafał mi sprowadził jeszcze jedną dziewczynę na pokład. A Toyka nie wiedzieć czemu jest 4-miejscowa. Ale Buc już mocno wstawiony więc beztrosko mówi "oj tam oj tam, jak dostaniemy mandat to ja go zapłacę !" Dobra, whatever, uzupełniamy zapasy w monopolowym i jedziemy w pięć osób. Butelka wędruje z przodu na tył i z powrotem. Niestety Buc siedzi z przodu więc nawet skrzynię biegów muszę obsługiwać lewą ręką bo prawą się muszę odganiać żeby mnie tą butelką na siłę nie napoił. A jest bardzo natarczywy. Muzykę puścił na cały regulator i wzmocnił bassy. Śpiewamy wszyscy jakiegoś Rickiego Martina.
Na Miedzianej stoimy pierwszą godzinę z hakiem na balkonie. Piję z chłopakami jakieś piwo, może ze 3/4 butelki w sumie wypiłam. I nawet idziemy tańczyć. Ktoś mnie zaraz porwał i widzę kątem oka jak Rafał obok coś próbuje ogarnąć ale mu to średnio idzie. Potem chyba sobie przypomniał złotą zasadę, że jak się pije to się nie tańczy bo już go więcej na parkiecie nie widziałam.
Jest ten facet co tak wymiatał w LaPlayi. O ile do tej pory się czułam bardziej kompetentna z bachaty tak z nim mi się najlepiej tańczy kizombę. A jeszcze lepiej tę szybką - sembę czy jakkolwiek to zwą. To ostatnie to jest czyste wymiatanie, nawet z mojej strony. Ale kizomba też z nim super wychodzi. Bachata na tych imprezach jest zawsze bardziej sensual, bardziej figurkowa, bardziej izolacyjna, to zupełnie inaczej wygląda niż to co tańczy Rafał. Umiem to wszystko, nie mam problemu żeby to zatańczyć ale po kilku takich kawałkach tęsknię za tą Rafałową spokojną, chodzoną bachatą. Niewielu ludzi to tańczy.
Wyciąga mnie jakiś chłopak na kizombę. Jeszcze nic nie zaczął prowadzić, jeszcze nie wie co ja umiem, jeszcze żadnego kroku nie zrobił a już mnie chce pouczać. Że ja tam muszę zejść mocno do dołu. Ja się nie rozczulam nigdy nad poprawnością, cokolwiek facet poprowadzi to ja mam to zatańczyć, bez względu na to czy taka figura istnieje czy nie. Po rollu podobno nie ma czegoś takiego, że się robi 360. A na imprezach większość facetów to robi. I ja na ich miejscu też bym robiła. I mam tego nie zatańczyć bo jakieś gwiazdy bachaty tego nie tańczą i nie uznają ? Anyway, ten koleś sobie wymyślił jakieś mocne zejście w dół, którego w kizombie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością nie ma nawet w lekkiej postaci i już mnie poucza jak ja mam to zrobić. Szlag mnie trafia na miejscu. Poprowadź to dobrze jak jesteś taki cwany a nie "jedziesz mała". A ten stoi i się produkuje. I tak ze trzy figury o których pierwsze słyszę (i pewnie każde moje guru kizombowe też by pierwsze słyszało). I jeszcze leci mój ulubiony kawałek kizomby a ja się muszę męczyć z tym bufonem. Coś niebywałego. Na szczęście zaraz puścili sembę i fanfaron widać żadnej figury z kosmosu do tego stworzyć nie umiał. Podejrzewam, że ten koleś nawet nie umiał tańczyć, bo tak jak mówię - on nie poprowadził ani sekundy normalnych kroków.
Marlena mi zaraz szczerze współczuje, bo też raz na tego faceta trafiła i mówi, że z nim więcej nie zatańczy. Ja tańca nie odmawiam nigdy i nikomu więc co jedynie skupiłam się na tak ironicznym uśmiechu żeby sam więcej nie wpadł na pomysł mnie poprosić. Przecież i tak nie umiem tych jego cudactw.
Rafał gdzieś znika, nigdzie go nie ma. Nie żebym go szukała. No dobra, po godzinie czasu to już go razem z Bucem szukamy. A on nam odpisuje, że już za bardzo nawalony był, zabrał się z jakąś koleżanką i pojechał. Mógł się słowem odezwać, że idzie. Ale nie od dziś wiadomo, że momentami zachowuje się jak dzieciak.
1:30 w nocy, Buc kontakt z rzeczywistością ma już tylko przez milimetrowe odstępy między powiekami. Ciężko go zrozumieć. Mam tylko nadzieję, że go nie będę musiała nieść do domu. Do samochodu go jakoś wtaszczę, wrzucę na tylne siedzenie i zaśnie, jak zwykle. Byle by się dał potem dobudzić i żeby złapał autopilota. O, Marlena. Oferuję podwózkę na Ursynów i od razu jakoś raźniej we dwie się Buca sprowadza ze schodów.
Wsiadamy do auta. Jak nie huknie tymi bassami ! Buc niewzruszony kompletnie, Marlena aż podskoczyła. Mówię "tak, before party-brak-polskiej-licencji! tu było" i ściszam, ściszam, ściszam. Jedziemy spokojnie Puławską, Buc chrapie, my z Marleną gadamy. Blokada policyjna. I dmucham. Koleś chyba nie uwierzył patrząc co wiozę na kanapie z tyłu bo kazał mi dmuchać jeszcze raz. Oczywiście czysto.
Buc na szczęście się łatwo obudził. Wysiadł z auta, pomarudził chwilę, że on tu przecież nie mieszka po czym nawiązał kontakt z satelitą i ruszył autopilotem do domu. Podwiozłam jeszcze Marlenę i sama do domu. I nie śpię bo zaraz muszę znowu wyjść...
Jak człowiek myśli, że będzie nudno to zawsze się coś po drodze zdarzy żeby nie było.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
W sobotę kurs kizomby. Na zabieganych i niewyspanych nogach. Instruktor wciąż powtarza, żeby pić przed zajęciami. Instruktorka żeby zamykać oczy. Tańczę z instruktorem. Do tej pory mnie irytował. Ale on się nie irytuje. Na imprezach tańczy ze wszystkimi, niezależnie od poziomu.
1. Beginning Dancer: knows nothing.
2. Intermediate Dancer: knows everything; too good to dance with beginners.
3. Hotshot Dancer: too good to dance with anyone.
4. Advanced Dancer: dances everything, especially with beginners.
Najpierw rzeczywiście sprawdza czy wszystko z zajęć ogarniam. Potem sobie tańczy swoje. Łącznie z tymi wszystkimi figurami z podcinaniem nóg. Część jest wspólna z tymi z bachaty więc przynajmniej wiem co ze sobą zrobić.
Tańczę z instruktorką. I nie tańczę jednocześnie, bo ani jednego kroku nie zrobiłam świadomie. Skupiłam się na tym, że czuję jej cycki. Dwa staniki między nami, dwie bluzki, ale czuję, że tam są. Dziwna sytuacja. Kurde, skoro ja to czuję, to faceci pewnie też. Jak tu teraz tańczyć kizombę. Bachata aż tak kontaktowa nie jest. Salsa nie jest w ogóle. Tańczę czasem z instruktorką z poniedziałku ale ona jest płaska zupełnie, robię swoje i się nie przejmuję niczym. Mi się wszystko w głowie przewartościowuje a ta od kizomby mówi "bardzo dobrze, słuchasz się, nie klepiesz kroków na pamięć !" Wiem, nigdy nie klepię. A teraz choćbym chciała to bym wszystkie pomyliła.
Wdrapuję się na 15 piętro pewnego wieżowca. Panorama Warszawy. Co jest inne od ostatniego razu, znajdź 5 różnic. 15 piętro, podobno chłodniej, wietrzniej, mniejsza grawitacja, pomysły wyżej latają. Zeskoczyć tam na dół, pojeździć na rolkach. Taaa, zeskoczyć. Chyba właśnie przeżyłam własne samobójstwo. Siedzę sobie tam na górze, patrzę na dół. Działa jak film z Chaplinem. Dźwięk ze słuchawek a obraz zza szyby. Oni to słyszą ?! Bo się synchronizują, nieźle.
Nie pojechałam w poniedziałek na zajęcia. Hanka stwierdziła, że beze mnie też nie da rady.
Spotykamy się we wtorek, na szybko, w centrum handlowym, ja jeszcze nie dotarłam do domu, ona jeszcze musi do domu dotrzeć. Tyle tłumaczenia, tyle układania jej tego wszystkiego w głowie. A ona nadal wszystko na odwrót do logiki. Wszystko, kuźwa, na odwrót. Takie pisanie słowa "wolność" w zeszycie w kratkę.
Ale Ty blada jesteś, Hania... Wypij jakąś kawę, dziewczyno. Albo nie, kawy nie, coś kolorowego, sok jakiś. Chcę tęczę widzieć, a tu jakaś sepia wychodzi.
Ja: Fajny zegarek, nie ?
Hanka: Fajny.
Ja: Właśnie, na bransoletce, złoty, też mi się podoba. Za 500 zł, kupujemy ?
Hanka: Za 500 zł ? Kurde, dawaj !
Ja: To teraz się z nim pożegnaj raz na zawsze, nie kosztuje 500 zł, kosztuje 8500 zł. A jakbyś miała znaleźć taki na ulicy to chciałabyś ten czy taki za 20000 zł ?
Hanka: Pewnie ten za 20...
Ja: A jakby leżały dwa, jeden za 20, a drugi za 21 tysięcy, możesz wziąć tylko jeden - który ?
Hanka: No ten za 21 tysięcy.
Ja: Właśnie. A wolałabyś znaleźć na ulicy ten za 8500 zł czy zabrać komuś z ręki ten za 21000 zł ?
Hanka: Znaleźć ten za 8500 zł.
Ja: Dokładnie.
Patrzę tak na nią ale ani myśli zrozumieć. Albo po prostu... ani myśli. Ale po godzinie spotkania zrozumiała.
Hanka: To co ? Kropka i od linii ?
Ja: Teraz to nie wystarczy. Teraz to... Sprzęgło. I wsteczny.
Hanka: Sprzęgło i wsteczny... Ok.
1. Beginning Dancer: knows nothing.
2. Intermediate Dancer: knows everything; too good to dance with beginners.
3. Hotshot Dancer: too good to dance with anyone.
4. Advanced Dancer: dances everything, especially with beginners.
Najpierw rzeczywiście sprawdza czy wszystko z zajęć ogarniam. Potem sobie tańczy swoje. Łącznie z tymi wszystkimi figurami z podcinaniem nóg. Część jest wspólna z tymi z bachaty więc przynajmniej wiem co ze sobą zrobić.
Tańczę z instruktorką. I nie tańczę jednocześnie, bo ani jednego kroku nie zrobiłam świadomie. Skupiłam się na tym, że czuję jej cycki. Dwa staniki między nami, dwie bluzki, ale czuję, że tam są. Dziwna sytuacja. Kurde, skoro ja to czuję, to faceci pewnie też. Jak tu teraz tańczyć kizombę. Bachata aż tak kontaktowa nie jest. Salsa nie jest w ogóle. Tańczę czasem z instruktorką z poniedziałku ale ona jest płaska zupełnie, robię swoje i się nie przejmuję niczym. Mi się wszystko w głowie przewartościowuje a ta od kizomby mówi "bardzo dobrze, słuchasz się, nie klepiesz kroków na pamięć !" Wiem, nigdy nie klepię. A teraz choćbym chciała to bym wszystkie pomyliła.
Wdrapuję się na 15 piętro pewnego wieżowca. Panorama Warszawy. Co jest inne od ostatniego razu, znajdź 5 różnic. 15 piętro, podobno chłodniej, wietrzniej, mniejsza grawitacja, pomysły wyżej latają. Zeskoczyć tam na dół, pojeździć na rolkach. Taaa, zeskoczyć. Chyba właśnie przeżyłam własne samobójstwo. Siedzę sobie tam na górze, patrzę na dół. Działa jak film z Chaplinem. Dźwięk ze słuchawek a obraz zza szyby. Oni to słyszą ?! Bo się synchronizują, nieźle.
Nie pojechałam w poniedziałek na zajęcia. Hanka stwierdziła, że beze mnie też nie da rady.
Spotykamy się we wtorek, na szybko, w centrum handlowym, ja jeszcze nie dotarłam do domu, ona jeszcze musi do domu dotrzeć. Tyle tłumaczenia, tyle układania jej tego wszystkiego w głowie. A ona nadal wszystko na odwrót do logiki. Wszystko, kuźwa, na odwrót. Takie pisanie słowa "wolność" w zeszycie w kratkę.
Ale Ty blada jesteś, Hania... Wypij jakąś kawę, dziewczyno. Albo nie, kawy nie, coś kolorowego, sok jakiś. Chcę tęczę widzieć, a tu jakaś sepia wychodzi.
Ja: Fajny zegarek, nie ?
Hanka: Fajny.
Ja: Właśnie, na bransoletce, złoty, też mi się podoba. Za 500 zł, kupujemy ?
Hanka: Za 500 zł ? Kurde, dawaj !
Ja: To teraz się z nim pożegnaj raz na zawsze, nie kosztuje 500 zł, kosztuje 8500 zł. A jakbyś miała znaleźć taki na ulicy to chciałabyś ten czy taki za 20000 zł ?
Hanka: Pewnie ten za 20...
Ja: A jakby leżały dwa, jeden za 20, a drugi za 21 tysięcy, możesz wziąć tylko jeden - który ?
Hanka: No ten za 21 tysięcy.
Ja: Właśnie. A wolałabyś znaleźć na ulicy ten za 8500 zł czy zabrać komuś z ręki ten za 21000 zł ?
Hanka: Znaleźć ten za 8500 zł.
Ja: Dokładnie.
Patrzę tak na nią ale ani myśli zrozumieć. Albo po prostu... ani myśli. Ale po godzinie spotkania zrozumiała.
Hanka: To co ? Kropka i od linii ?
Ja: Teraz to nie wystarczy. Teraz to... Sprzęgło. I wsteczny.
Hanka: Sprzęgło i wsteczny... Ok.
- iza_doria
- LEGENDA

- Posty: 2762
- Rejestracja: 20 sie 2009, 04:28
Pojechałam sobie dziś na turniej do Olympica. I nawet byłam uprzejma go shipnąć
Siedzę po południu w domu. Pogoda taka że ani pójść pobiegać ani potańczyć. A może bym tak na pokera skoczyła bo niedługo zapomnę jak w to się gra ? Dzwonię do Olympica co dzisiaj grają. 150 zł freezeout, second chance. No, niech będzie. I niewiele brakowało a bym na niego w ogóle nie dotarła. Po pierwsze dlatego, że jak już wpadłam na pomysł, że pojadę to miałam bardzo mało czasu na ogarnięcie się. Po drugie dlatego, że matka zaparkowała czort wie gdzie, a nie sposób się do niej dodzwonić i zapytać. A pewnie i tak by nie pamiętała. Po trzecie jak już znalazłam auto to sobie przypomniałam, że prawka z domu nie wzięłam a ewentualny mandat nie bardzo mi się uśmiecha.
Dotarłam jakoś na styk. A gra jeszcze nie leci. Idę do kasy, babka mówi, że dopiero 4 osoby zapisane. Zaczęliśmy grać jakoś 20 minut później. Koniec końców i tak zaraz tworzyli drugi stolik a jeszcze 3 osoby były na liście rezerwowej. Total 29 entries, ale z second chance, więc pewnie 23 osoby total. Ilekroć jestem w tym kasynie to robię za atrakcję turystyczną. Głównie przez to, że jestem kobietą.
Pierwszą godzinę to sobie tam tylko siedzę. Nawet się nie denerwuję, że nic nie gram bo karty ewidentnie do tego nawet nie kuszą. Ale jak mi brakowało tego oglądania sześciu czy siedmiu limpów, czy podbić za 11BB. Liczenie pot odds można sobie wsadzić w buty, jak jest przed flopem pula 6k to ktoś po flopie na pewno uderzy za 11k. Jak byłam pierwszy raz to się nie mogłam nadziwić, miałam wrażenie jakbym 7 lat w zupełnie inną grę grała. A i tak wtedy wygrałam. Dzisiaj uważam, że ta ich gra jest wręcz urocza.
Na ostatnie pół godziny przed przerwą wreszcie zaczyna siadać. AT trafia na flopa T72, z jednym chłopakiem oglądamy turn 7, potem river T. Chłopak miał 67 i trochę sobie stacka uszczuplił. Następnie mam TT i flop QQ7, po którym jakiś inny koleś wrzuca instant all-ina. Nie nie, kolego. To są moje flopy, nie Twoje. Sprawdzam, a on sobie ma 75. Wygrywam. Potem nawet QQ mi wygrywa jakąś fajną pulę. Po przerwie przy blindach 400-800 mam stack 120k i jestem chip leaderem. Stack początkowy 30k.
Przywiało nam do stołu jakąś dziewczynę. Też Agnieszkę. Irytuje mnie strasznie. Ciągle mnie zagaduje o jakieś głupoty, mądrzy się, że ona tak świetnie gra, co to nie ona, każde rozdanie musi skomentować. Jak ktoś tak gada to przychodzi mi tylko jedno na myśl. Sexy poker. Tego tu do tej pory nie było, to się dopiero teraz zacznie. Nawet nie zdążyło, wyleciała zanim mnie zdążyła zirytować do tego stopnia, żebym się od niej odcięła muzyką przez słuchawki.
Kończy się mój run. Krupier mnie podrywa ale kart mi świnia nie daje. Blindy rosną szybko, a mnie skubią po kawałku bo się nie mam czym odwinąć. Kompletnie nic mi ten krupier nie dał przez całe półtorej godziny. Może ze dwie małe pule przytuliłam. Kolejna przerwa a ja mam dalej 120k, tyle że blindy już 2k-4k. Jest trochę wyższych stacków przy stole. Krupierka: A Pani co się stało ?! Karta nie szła ?
Ja: Spokojnie, tu jest jeszcze dużo miejsca na grę
Zaraz się tworzy stół finałowy. Kolorowo nie jest, ale ze 20BB mam. Dostaję jakieś T6 na BB, nawet mi pozwalają flopa obejrzeć. TT7. Będzie zabawa, będzie radośnie. Koleś atakuje, ja tylko sprawdzam i czekam dalej. Turn 2. Bezpiecznie. Znowu sprawdzam. River 7. Stackujemy się, koleś miał QT. River mnie uratował. Ze small blinda atakuję BB z jakimś K7s, przeciwnik sprawdza. Flop A9x, wszystko w kolorze, tyle że nie moim. Cbetuję, koleś się odwija. A idź w pi*du i cholera ! I mam ze 13BB. I szybko ląduję z KJs na all-inie przeciwko jakiemuś gościowi, który sobie akurat asy znalazł. Flop znikąd pomocy, turn J, river K. Ludzie mówią, że mi się należało, że tak dobrze grałam cały wieczór, że by głupio było jakbym teraz poleciała. Trochę szczęścia trzeba mieć. Niedługo później dostaję AK i gram przeciwko temu kolesiowi co mi się odwinął na flopie A9x. Ale tym razem spada KKQ. Nie zrobić Cbeta uważam za mega podejrzane. Więc robię, nawet lekko wyższego niż normalnie. Może znowu się odwinie. Ale on tylko sprawdza. Turn nic nie znaczący. Czekam. On coś atakuje. Sprawdzam. River Q. No, obyś tę damę miał. Uderzam za resztkę stacka i jest call od Q7. Znowu jestem chip leaderem ale blindy są tak wysokie, że to się co rozdanie zmienia. Doczłapujemy do TOP5, zrzucamy się po 40 zł na bubbla, którego zresztą dość szybko się pozbywamy, mimo że mieliśmy mniej więcej wszyscy po równo. Zostaje nas 4 i idzie zasnąć. Pół godziny gry a żadnego flopa nie obejrzeliśmy. Równe stacki, po niecałe 300k, a blindy 10k-20k, ante 2k. Lepsza to się czuję tylko od ruska po mojej prawej bo jest zamurowany. W końcu ktoś proponuje deala. Wychodzi po 980 zł na głowę. Bierzemy, lecimy wszyscy all-in i do domu. Gadamy długo czekając na wypłatę. Generalnie to mi gratulują, pytają skąd się tu wzięłam bo tu się raczej wszyscy znają i mówią, że bardzo ładnie grałam.
Na koniec jeszcze wychodzę z kasyna, idę ulicą, a rusek przejeżdża obok mnie, zatrzymuje się i pyta czy mnie nie odwieźć do domu. Też jestem autem, ale dzięki. Wyjątkowo mnie lubi ten Olympic. Z wzajemnością. Jeśli to miejsca są magiczne a nie tylko ja to chyba się jeszcze raz kiedyś do Montessino w Wiedniu przejadę.
Siedzę po południu w domu. Pogoda taka że ani pójść pobiegać ani potańczyć. A może bym tak na pokera skoczyła bo niedługo zapomnę jak w to się gra ? Dzwonię do Olympica co dzisiaj grają. 150 zł freezeout, second chance. No, niech będzie. I niewiele brakowało a bym na niego w ogóle nie dotarła. Po pierwsze dlatego, że jak już wpadłam na pomysł, że pojadę to miałam bardzo mało czasu na ogarnięcie się. Po drugie dlatego, że matka zaparkowała czort wie gdzie, a nie sposób się do niej dodzwonić i zapytać. A pewnie i tak by nie pamiętała. Po trzecie jak już znalazłam auto to sobie przypomniałam, że prawka z domu nie wzięłam a ewentualny mandat nie bardzo mi się uśmiecha.
Dotarłam jakoś na styk. A gra jeszcze nie leci. Idę do kasy, babka mówi, że dopiero 4 osoby zapisane. Zaczęliśmy grać jakoś 20 minut później. Koniec końców i tak zaraz tworzyli drugi stolik a jeszcze 3 osoby były na liście rezerwowej. Total 29 entries, ale z second chance, więc pewnie 23 osoby total. Ilekroć jestem w tym kasynie to robię za atrakcję turystyczną. Głównie przez to, że jestem kobietą.
Pierwszą godzinę to sobie tam tylko siedzę. Nawet się nie denerwuję, że nic nie gram bo karty ewidentnie do tego nawet nie kuszą. Ale jak mi brakowało tego oglądania sześciu czy siedmiu limpów, czy podbić za 11BB. Liczenie pot odds można sobie wsadzić w buty, jak jest przed flopem pula 6k to ktoś po flopie na pewno uderzy za 11k. Jak byłam pierwszy raz to się nie mogłam nadziwić, miałam wrażenie jakbym 7 lat w zupełnie inną grę grała. A i tak wtedy wygrałam. Dzisiaj uważam, że ta ich gra jest wręcz urocza.
Na ostatnie pół godziny przed przerwą wreszcie zaczyna siadać. AT trafia na flopa T72, z jednym chłopakiem oglądamy turn 7, potem river T. Chłopak miał 67 i trochę sobie stacka uszczuplił. Następnie mam TT i flop QQ7, po którym jakiś inny koleś wrzuca instant all-ina. Nie nie, kolego. To są moje flopy, nie Twoje. Sprawdzam, a on sobie ma 75. Wygrywam. Potem nawet QQ mi wygrywa jakąś fajną pulę. Po przerwie przy blindach 400-800 mam stack 120k i jestem chip leaderem. Stack początkowy 30k.
Przywiało nam do stołu jakąś dziewczynę. Też Agnieszkę. Irytuje mnie strasznie. Ciągle mnie zagaduje o jakieś głupoty, mądrzy się, że ona tak świetnie gra, co to nie ona, każde rozdanie musi skomentować. Jak ktoś tak gada to przychodzi mi tylko jedno na myśl. Sexy poker. Tego tu do tej pory nie było, to się dopiero teraz zacznie. Nawet nie zdążyło, wyleciała zanim mnie zdążyła zirytować do tego stopnia, żebym się od niej odcięła muzyką przez słuchawki.
Kończy się mój run. Krupier mnie podrywa ale kart mi świnia nie daje. Blindy rosną szybko, a mnie skubią po kawałku bo się nie mam czym odwinąć. Kompletnie nic mi ten krupier nie dał przez całe półtorej godziny. Może ze dwie małe pule przytuliłam. Kolejna przerwa a ja mam dalej 120k, tyle że blindy już 2k-4k. Jest trochę wyższych stacków przy stole. Krupierka: A Pani co się stało ?! Karta nie szła ?
Ja: Spokojnie, tu jest jeszcze dużo miejsca na grę
Zaraz się tworzy stół finałowy. Kolorowo nie jest, ale ze 20BB mam. Dostaję jakieś T6 na BB, nawet mi pozwalają flopa obejrzeć. TT7. Będzie zabawa, będzie radośnie. Koleś atakuje, ja tylko sprawdzam i czekam dalej. Turn 2. Bezpiecznie. Znowu sprawdzam. River 7. Stackujemy się, koleś miał QT. River mnie uratował. Ze small blinda atakuję BB z jakimś K7s, przeciwnik sprawdza. Flop A9x, wszystko w kolorze, tyle że nie moim. Cbetuję, koleś się odwija. A idź w pi*du i cholera ! I mam ze 13BB. I szybko ląduję z KJs na all-inie przeciwko jakiemuś gościowi, który sobie akurat asy znalazł. Flop znikąd pomocy, turn J, river K. Ludzie mówią, że mi się należało, że tak dobrze grałam cały wieczór, że by głupio było jakbym teraz poleciała. Trochę szczęścia trzeba mieć. Niedługo później dostaję AK i gram przeciwko temu kolesiowi co mi się odwinął na flopie A9x. Ale tym razem spada KKQ. Nie zrobić Cbeta uważam za mega podejrzane. Więc robię, nawet lekko wyższego niż normalnie. Może znowu się odwinie. Ale on tylko sprawdza. Turn nic nie znaczący. Czekam. On coś atakuje. Sprawdzam. River Q. No, obyś tę damę miał. Uderzam za resztkę stacka i jest call od Q7. Znowu jestem chip leaderem ale blindy są tak wysokie, że to się co rozdanie zmienia. Doczłapujemy do TOP5, zrzucamy się po 40 zł na bubbla, którego zresztą dość szybko się pozbywamy, mimo że mieliśmy mniej więcej wszyscy po równo. Zostaje nas 4 i idzie zasnąć. Pół godziny gry a żadnego flopa nie obejrzeliśmy. Równe stacki, po niecałe 300k, a blindy 10k-20k, ante 2k. Lepsza to się czuję tylko od ruska po mojej prawej bo jest zamurowany. W końcu ktoś proponuje deala. Wychodzi po 980 zł na głowę. Bierzemy, lecimy wszyscy all-in i do domu. Gadamy długo czekając na wypłatę. Generalnie to mi gratulują, pytają skąd się tu wzięłam bo tu się raczej wszyscy znają i mówią, że bardzo ładnie grałam.
Na koniec jeszcze wychodzę z kasyna, idę ulicą, a rusek przejeżdża obok mnie, zatrzymuje się i pyta czy mnie nie odwieźć do domu. Też jestem autem, ale dzięki. Wyjątkowo mnie lubi ten Olympic. Z wzajemnością. Jeśli to miejsca są magiczne a nie tylko ja to chyba się jeszcze raz kiedyś do Montessino w Wiedniu przejadę.
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Wróć do „Mój pokerowy mini blog”
Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość
Na terytorium Polski poker online moga oferowac jedynie te podmioty, ktore posiadaja zezwolenie Ministra Finansow. Gra w pokera u operatorow, ktorzy nie posiadaja licencji Ministerstwa Finansow jest zabroniona i grozi konsekwencjami prawnymi. Serwis jest przeznaczony tylko dla osob, ktore ukonczyly 18 lat. Korzystajac z serwisu, uzytkownik potwierdza, ze ma ukonczone 18 lat.