-Strasznie Panią przepraszam, mam światłowstręt dzisiaj, to słońce daje po oczach, wydawało mi się że mam jeszcze pół metra.
Oglądamy samochody, ani ryski. No dobra, nie mam czasu, wsiadam, odjeżdżam. W biurze jestem 8:15 czyli i tak nieźle. Ekipa przyjeżdża parę minut później więc nawet zdążyłam przed nimi. Pracować w tym bajzlu się nie da a poza tym i tak nie ma co robić. Facebook, jakieś durne gierki na zabicie czasu.
Marta się spóźnia pół godziny.
Ja: Co tak późno ?
Marta: A weź mi nic nie mów...
Ja: Ja jeszcze stłuczkę miałam po drodze a zdążyłam ?
Marta: Co się stało ?
Ja: Baba miała światłowstręt i mi w tyłek wjechała.
Marta: Baba, tak ?
Ja: No a kto kurde inny ?
Cały dzień się licytujemy z Martą która znajdzie na tym facebooku bardziej wciągającą gierkę. 50 leveli w jeden dzień w jakąś układankę. Masakryczna strata czasu ale nic innego nie da się robić bo własnych myśli nie słychać.
No i za wcześnie Was Panowie pochwaliłam. Wyjeżdżam z biura, znowu to samo rondo, znowu zatrzymuję się na pasach, jebut. Zdążyłam wcisnąć hamulec co mnie uchroniło od reakcji łańcuchowej bo miałam jeszcze jedno auto przed sobą. Patrzę w lusterko, facet wnerwiony wali ręką w kierownicę i idealnie można wyczytać z ruchu ust najpopularniejsze w takiej sytuacji słowo. Oj, będzie dym. Jeszcze gotów mi powiedzieć, że to moja wina, bo kilka metrów wcześniej był znak "zakaz zatrzymywania i postoju." Przed pasami kuźwa. Wysiadam i mówię do siebie w myślach "rozbroimy tę bombę zanim wybuchnie."
Ja: Pan też ma światłowstręt ?
Facet: Co ?
Ja: Rano na tym samym rondzie kobieta za mną też nie wyhamowała i powiedziała, że to dlatego, że ma światłowstręt.
Facet: Nie, zamyśliłem się.
Oglądam auto. Nic. Kurde, ten samochód jest niezniszczalny. Facetowi odpadła atrapa grilla i stłukł sobie lampę. Ale przynajmniej nie robił awantury. Na ile do cholery jest to możliwe, żeby jednego dnia dwa razy wjechano mi w tyłek ? Ktoś mi magnes do zderzaka przykleił ?
Wieczorem miałam się spotkać z koleżanką ale coś jej wypadło. Nie chce mi się siedzieć w domu. Piszę SMSa do Jacka Danielsa bo on ostatnio prawie codziennie gra jakieś turnieje w pokera a poza tym mamy do obgadania transport do Rozvadova.
Ja: Grasz coś dzisiaj ? Nudzi mi się.
JD: Gram, Casino Olympic w Hiltonie, 100 zł, 1R + 1A, o 19:00.
Ja: Ok, bądź o 18:45 przed wejściem.
JD: Tylko nie jedź samochodem bo pijemy wódeczkę dzisiaj.
No chyba sobie żartuje, ja tego samochodu już dzisiaj nigdzie nie biorę, niefartowny jest i tyle, trzeciego dzwona mam zaliczyć ? Baba już mi wjechała, facet już mi wjechał, kto to będzie teraz ? Krystyna Pawłowicz ?
Spotykamy się, gadamy. Uprzedza mnie, że ta gra to koszmar, można się spodziewać podbicia zarówno za 2, jak i za 11 a nawet za 22 big blindy, jak są przy stole dwie ogarniające osoby to wszystko. Człowieku, z czym do ludzi. Nie grałeś ladies eventu w Wiedniu. Tam ogarniających na cały turniej było mniej niż rozpoznawalnych gwiazd w tańcu z gwiazdami. To tak jak ta rozmowa kilka tygodni temu z Agnieszką, która ma jakieś pojęcie o polskich serialach i o portalu pudelek.
Agnieszka: Oglądasz taniec z gwiazdami ? Nowa edycja startuje. Ja kibicuję Joannie Moro.
Ja: A z jaką gwiazdą ona tańczy ?
Agnieszka: Yyyyy ? Z gwiazdą ? Z Maserakiem tańczy...
Ja: A, to znam. Spoko.
Siadam przy swoim stoliku, w grze mamy 46 osób. 6 miejsc płatnych. Stack startowy 5k, rebuy 5k, add-on 10k. Biorę od razu rebuya. Tradycyjnie przez pierwsze levele tylko statystuję. Wystarczy, żeby nam się w tym czasie skład stołu o 50% wymienił. Przy blindach 50-100 trafiam króle na wczesnej pozycji. Wrzucam 350 i o dziwo zamiast przynajmniej 6 all-inów dostaję tylko call od BB. Flop 826, dwa kiery. BB wrzuca instant all-ina za 4200 pozostałe mu po wzięciu rebuya. No przecież nie wyjdę. Pokazuje T7s w kierach. Na szczęście nie spada. Baju baj, baju baj, proszę Pana...
Ale to na tyle byłoby grywalnych kart. Coś próbuję kraść z buttona ale to nie w tym turnieju takie rzeczy, dziewczyno... Po flopie odwija mi się jeden koleś, znajomy JD, któremu nawet zostałam przestawiona i jako jedyny nie mówi do mnie "pani." To jakiś obłęd, to jest stół pokerowy, jesteśmy w kasynie i szlag mnie trafia, że oni tu w większości jakimś formalnym językiem rozmawiają. Ja jestem z Pragi, co prawda Południe ale zawsze Pragi, u nas się mówi "Ty k***", "Ty ch***", ale nigdy "proszę pana". Chyba że "proszę k*** pana." Anyway, muszę zrzucić. Na przerwie gadam z JD, podchodzi ten chłopak i mówi "wygrałem z Izą rozdanie, to tak jakbym był trzeci w Wiedniu, nie ? Co prawda tylko 300 żetonów mi oddała i jak się spodziewam po oglądaniu live streama to mi zaraz 3000% zwrotu tej pożyczki zabierze, ale satysfakcję mam, nie?" Potem już przy stole mówi "generalnie szacun, zająć w Wiedniu na HESOPIE 4 miejsce to nie jest byle co. Z donkami się ciężko gra." Mówię ze śmiechem "nie odczułam, sama jestem donkiem" i dostaję odpowiedź "nie zauważyłem ale w sumie to sam też jestem donkiem."
Do add-onów w zasadzie nic mi się nie udaje zawalczyć i po add-onie mam 25k. Ale stosunek blindów i ante do stacków robi się kosmiczny i tu się wszystko może zmienić z każdym rozdaniem. Zaliczam jeszcze jeden stół ale nic mi tam nie siada. Przesadzają mnie do stołu z JD który coś tam szorci bo w pewnym momencie muszę sprawdzić jego all-ina za 8600. Ja mam JJ, Jack Daniels ma 88, niestety mu spada jedyny aut bo ktoś tam się chwali, że miał ósemkę. BB to już 1200 a mi zostaje 16k w stacku. Coś z tym trzeba szybko zrobić. Siedzę sobie na cut-offie, mam tylko jednego limpa do siebie z UTG+1. I to pierwszy moment jak do tej pory w całej mojej pokerowej karierze kiedy myślę "faceta to by callnął, ale kobiety się będzie bał." Wsuwam A6 off, koleś chwilę myśli, odsłania zrzucone AT. Dobrze wykombinowałam, że mnie na mniej niż wysokiego pocketa nie obstawi. Fakt, że wymyśliłam to też na podstawie gry pozostałych dwóch kobiet w turnieju, z którymi bez absolutnego monstera nie było co zaczynać. Wrzucił nas do jednej szufladki.
Chwilę później zmiana stołu. Dostaję dwa miejsca dalej na lewo kolesia w garniturze który ma tam jakąś fortecę przed sobą i na bank coś tu ogarnia. Dostaję TT, wsuwam, koleś w garniturze mnie izoluje swoim all-inem i odsłania damy. Eee, luzik, one się nie utrzymują a dyszka zawsze się wyszczuruje. Oczywiście, że tak. Koleś jakby mógł to by mnie zjadł. Chwilę później na dealerze mam 66, atakuję blindy i garniturek sprawdza. Flop nie pomaga ale ponieważ siada K high i dwie niskie to jeśli nie ma Kx to go tu nie ma. Cbet, niestety gościu jest co sprawia, że ja się tam czuję jak wróbelek Elemelek w bajce o kocie Filemonie. Lepiej zmiatać. Na turnie znów zaczekał więc ja też. Magic river 6 i możesz sobie chłopie betować pod sufit. Biją mnie tylko lepsze dwa sety. Leci przebicie, garniturek już tylko sprawdza, pokazuje KJ i pod sufi leci poziom jego wnerwienia. Zaraz do mnie wstanie i zrobi ze mnie mokrą plamę. Trudno. Niech się dzieje wola boska, zapalimy papieroska. Wkurzony ze swojej fortecy żetonów robi się short stackiem.
Na 14 miejscu odpada JD i ucieka do domu. Po jakiejś dłuższej chwili zostaje już tylko final table. 780k chips total więc AV stack 78k, ja mam 96k. Ale za różowo to znowu nie jest. Trafiam AT na środkowej pozycji, robię coś lekko ponad min-raise, sprawdza mnie któryś z blindów. Flop AT5 ale dwie karty w kolorze. Atakuję jeszcze raz żeby mi statystyka 100% cbetowania nie spadła. Call. Turn blank i atakuję ponownie ale tak małym betem, że fold usprawiedliwiałby tylko gutshot. A jednak fold. Muckuję karty a garniturek z przekąsem "A5 było dobre, nie?" Uśmiecham się tylko.
Niedługo zostaje nas 7 graczy i decydujemy się zrzucić wszyscy po 50 zł na bubbla bo turbo leci takie, że tu nikt niczego pewny być nie może. Bubbla wywalam ja w dwóch podejściach. Najpierw się stackujemy po flopie AJ2, ja mam AJ, on ma AQ i mu zostaje już jakaś resztka żetonów. W drugim podejściu jestem na BB z AQ, a on wsuwa z 38 z dealera. Flop neutralny jak Szwajcaria i bubble poleciał. Negocjujemy deala ale ktoś się nie chce zgodzić bo chce punkty do ligi, chip leader się zgadza na podział ale pod warunkiem, że jeszcze każdy mu 100 zł odpali a ktoś się nie chce na to zgodzić. Propozycja wraca jeszcze później ze dwa razy, bo naprawdę nikt tu się nie może czuć bezpieczny. W końcu dochodzimy do porozumienia jak zostaje nas już tylko troje a stacki są wyrównane. Ja mam najniższy ale to i tak dosłownie jakieś 2-3bb różnicy, czyli i tak jakieś 60-80k
Nie rozumiem kompletnie o co chodzi z tym zwrotem podatku ale wszyscy mi radzą żebym przyszła zagrać za tydzień i jak wtedy nic nie wygram to coś tam będzie do zwrotu... Ale to sobie przemyślę jak się wyśpię bo turniej się skończył o 2:30 a ja zamiast spać to się spowiadam...




