W sumie to miałem w głowie mnóstwo kwestii do poruszenia w tym poście, a wszystko uleciało. Może zacznę od tego - wiosna przyszła!
W pierwszej kolejności odniosę się do tego o czym na forum ostatnio głośno. W mojej opinii praca w trakcie studiów = mnóstwo value, nierzadko jakakolwiek. Większość z Was wie co studiowałem, gwoli ścisłości zaocznie, a teraz posłuchajcie, bo moja ścieżka wielu wydawać by się pewnie mogła jako urągająca przyszłemu panu mecenasowi. Przez pierwsze 1,5 roku studiów sprzedawałem lodówki, żelazka i telewizory w małym sklepie AGD w 20-kilkutysięcznym Wieluniu. Przez kolejne 1,5 roku robiłem to samo, ale hurtowo w siedzibie we Wrocławiu. Przez jeszcze następne 2 lata robiłem to samo, ale w innej firmie(mój były klient) w ramach zamówień publicznych i w nieco szerszym zakresie (wyposażałem ministerstwa, uniwersytety, szpitale, a z rodzynków od zera Filharmonię w Gorzowie Wlkp czy Stadion Miejski w Krakowie - do dziś pewnie Prezes Filipiak ogląda powtórki meczów na 64" TV i popija wódkę z chłodziarek, za których dostawy byłem odpowiedzialny). Miałem wtedy 23-24 lata, zdarzyło mi się zarobić bodaj 2 razy "5-masztowca", a co miesięczny tłusty "4-masztowiec" był normą. Skończyłem studia. Miałem papierek i... ogromne doświadczenie w szeroko rozumianych kontaktach handlowych. Poszedłem do pracy na smieciówkę w kancelarii, gdzie zarabiałem ścierwo, a byłem odpowiedzialny za pozyskiwanie i ogólna opiekę "marketingową" nad klientami. Po pół roku zrobił się wakat w Gdańsku na stanowisku Dyrektora Oddziału. Tak, moi pracodawcy mieli gotowego kandydata. Przez blisko 2 lata budowałem ich markę w dalszym ciągu za fatalną kasę, aby wyczerpując pewną formułę, postanowić robić to samo już za swoje i dla siebie. Wczoraj minął równy miesiąc od kiedy prowadzę własną kancelarię. Zarobiłem bez problemu na koszty, a perspektywa, która rysuje się w postaci kolejnych klientów, którzy chcą ze mną współpracować sprawia, że prędzej czy później znowu 5-masztowce u mnie zagoszczą. Dla ścisłości 95% ceny za studia wyłożyłem z własnej kieszeni, a i pomogłem/pomagam finansowo rodzinie do tej pory mimo, iż co do zasady to przecież rodzina utrzymuje studenciaka. Może dostawałem do ręki życiowe AA częściej niż kto inny, ale cały dyg w tym, że rozgrywałem je dobrze, a i potrafiłem wygrywać z 72o. Ta historia pewnie może być odebrana jako: chwali się skurwiel. Moim zamysłem jednak jest pokazanie, że po prostu się da i tak ją proszę odbierajcie...
Na koniec jeszcze słów kilka o pokerze. Podsumowując 2013 r. napisałem o grze online: "total cashes wg Pocketfives 3285$ i choć wszystkie rankingi kłamią to dla porównania na koniec 2014r. wrzucam: Poland 242/485, Pomorskie 14/34 (...) po szalonym grudniu ciężko jest mi ocenić, co mogę faktycznie wykręcić w najbliższych miesiącach, więc najprawdopodobniej zweryfikuję ten punkt po pierwszym kwartale, a teraz z bańki rzucę, że w tym okresie cashes w wysokości jak wyżej mnie zadowolą". Nie było napinki na kwoty, była napinka na po prostu grę, volume, dobre decyzje, rozwój i mimo, iż marzec ze względu na firmę był zaniedbany, to cel został osiągnięty prawie 3-krotnie, a miejsca w rankingach to odpowiednio 178/570 i 11/41. Miło, zwłaszcza, że wciąż mam zaklepany coaching z jednym prosem, którego nie mam kiedy odbyć, a volume przez firmę jak powiedziałem mniejsze. Tak po prawdzie jedynie mindsetowo popracowałem z wiadomą pozycją książkową, ale otwarcie powiem efekt jest zdumiewający. Teraz muszę się na spokojnie okopać z firmą, żeby znaleźć czas na ostateczne okopanie się w pokerze, a potem kąśliwy atak na middle stakes...