"Part of Me"
Na początek coś o Mnie...
Na imię mam Igor. Kiedyś nie znosiłem tego imienia bo nauczycielka w podstawówce myliła się i mówiła często do Mnie Borys :/
Teraz Moja nienawiść przeszła na klawiaturę, gdzie majstersztykiem jest w pierwszym podejściu wcisnąć spację.
Lat mam 20, oczko pod koniec października, więc jestem jeszcze młodziutki
Miasto: Warszawa
Wzrost: 190cm
Waga: 98kg
Więc zaczynamy
Moja historia z pokerem rozpoczęła się jakieś 4 lata temu. Piękne to były czasy, doba komputerów jeszcze nie opanowała na dobre nastoletniej części społeczeństwa a i spacja działała bez zarzutu
Pierwsza gra to oczywiście dobierany pięciokartowy poker od dziewiątek. Nie wiedzieć czemu ojciec doszedł do wniosku, że chyba za późno jest, aby przedstawiać Mi szczegóły życia seksualnego tłumacząc symbolikę kwiatków i pszczółek więc postanowił nauczyć Mnie grać w pokera. Myślę, że patrząc z perspektywy czasu mogę Mu za to dozgonnie podziękować.
Nie długo poker stał się jedną z moich pasji. Znalazłem gdzieś odmianę Hold'em szybko przyswoiłem zasady tej gry i zacząłem grać na darmowych portalach różnego typu na wirtualne pieniądze zdobywając pokrótce cenne doświadczenie.
Ale co się ze Mną działo zanim zainteresowałem się pokerem?
Dużo tego było. Nie raz słyszałem opowieści jako, iż Moi rodzice mieli dwie córki starsze ode Mnie pragnęli mieć syna (w szczególności ojciec).
Wyliczali, myśleli, odmierzali aż w końcu pewnego dnia Matka wykrzyczała takie oto słowa:
"Choć stary, to musi być teraz. Sprężaj się, robimy!!!", a Ojciec zadowolony przybrykał jak tygrysek do Kubusia i... domyślcie się sami.
9 miesięcy później pojawił się ponad 5 kilogramowy potwór, wielki na 61cm. Tak, to byłem Ja!
Dzieciństwo upłynęło Mi pod znakiem hartowania zapału. Na szczęście rodzice nigdy nie uczyli Nas korzystania z komputerów czy innych wynalazków ówczesnej techniki więc każdy wolny dzień spędzałem na świeżym powietrzu biegając jak wariat za piłką, lub bawiąc się samochodzikami.
Aż nastał pewien sądny dzień, który w dużej mierze przesądził o Moim dalszym losie. Tak na oko miałem jakieś 5-6 lat. Zapał do motoryzacji nie wygasł i nadal lubiłem śmigać samochodzikami po betonie. Jeden z moich towarzyszy starszy o de Mnie 3 lata ni z tego ni z owego postanowił Mi zrobić na złość. Wziął Mój piękny samochodzik i wyrzucił w pokrzywy
Nie popłakałem się
Kiedy tamten się popłakał i zaczął uciekać z pełną satysfakcją ruszyłem za Nim ile sił w nogach. Nagle na mojej drodze jak spod ziemi wyrosłą postać krępego mężczyzny, który był postrachem całej okolicy. Spojrzałem ku górze i rozpoznałem twarz... ojca
Nogi zrobiły się miękkie jak z waty, na twarzy zamiast uśmiechu szydercy pojawił się automatyczny tik nerwowy wyrażający skruchę.
Ojciec srogim głosem posłał Mnie do domu asekurując tyły. W domu od progu podniesionym głosem dość stanowczo dał Mi do zrozumienia, że zrobiłem źle.
Skarcony przeniosłem wzrok w dół obserwując jak ścierają się ze sobą wzorki na dywanie. Po jakimś czasie widok ten znudził Mi się i udając, że patrzę na Ojca, minimalnie mijałem go wzrokiem i skierowałem spojrzenie na ślady lekko odciśniętych butów na suficie, którego pochodzenia do dzisiaj nie rozumiem, gdyż na strychu nikt normalny nie byłby w stanie postawić nogi, bo był on tak zbudowany, że czołgając się trudno by było gdziekolwiek tam się dostać, ale mniejsza o to.
Po swoim "arcyciekawym" wykładzie padły słowa: "Wiem co z tobą trzeba zrobić."
Ciarki przeszły Mi po plecach i pierwszy raz w życiu doznałem myśli samobójczych. Na szczęście nie było tak źle. Już tydzień później odnalazłem swoje nowe powołanie.
Okazało się, że Mój dobry Tatuś zapisał Mnie na Karate Shotokan do klubu "Yogi" na bemowskich Jelonkach. Tam zaczęła się moja kariera. Przez kilka lat doskonaliłem się w tym poszerzając "zakres rąk startowych"
Były pierwsze sparingi, obozy, turnieje i tytułu. Po kilku długich latach niestety musiałem zrezygnować ze względu na problemy w szkole i nadrabianie materiału. Na szczęście po wyjściu na prostą ponownie wróciłem do tego co kochałem tym razem pod banderą AZS-u, mimo iż miałem zaledwie 14 lat. Było to "Combat Kalaki" - filipińska sztuka walki cechująca się odcinaniem głowy (oczywiście było to stosowane u prekursorów tego kierunku). Tutaj też nie próżnowałem zdobywając laury na krajowych arenach. W wieku niemalże 19-u lat przeżyłem załamanie na mistrzostwach europy za niesłuszną dyskwalifikację w pierwszej rundzie turnieju.
W międzyczasie skończyłem Technikum hotelarskie z elementami gastronomii (była to jedyna szkoła, która ze względu na wzorowa opinię mojej siostry, która uczęszczała tu do liceum zdecydowała się Mnie przyjąć w swoje szeregi, jako że z gimnazjum wyszedłem z nagannym z zachowania) i wykorzystując fakt wejścia do unii wywalczyłem niemalże za darmo kursy kelnerskie, barmańskie, baristyczne, języka angielskiego, informatyczne czy obsługi ruchu turystycznego oraz systemu analizy jakości i krytycznych punktów kontroli zwanych inaczej kursem HACCP z normą ISO, więc pokrótce moje CV jest wypełnione nadmiarem literek ;P
Zdałem maturę (jako jedyny z klasy, gdyż nasz rocznik trafił na wejście obowiązkowej matematyki i większość padła na tym jak muchy), niestety nie udało Mi się zdobyć dyplomu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe, oblałem część praktyczną :/ ale poprawiam to w czerwcu
Po ukończeniu szkoły próbowałem swoich sił w tym kierunku, ale niestety okazało się, że nie tędy droga. Mój nadpobudliwy charakter zrównał z ziemią 4 lata szkoły. Pracowałem w niejednej restauracji, czy hotelu, lecz często nie miałem siły co do agresywniejszej, podpitej klienteli przez co szefowie dziękowali Mi i odprawiali z kwitkiem.
W końcu znalazłem zajęcie, które Mi przypasowało, choć na początku zdawało się być czymś czego w życiu bym nie zrobił. Zostałem ochroniarzem
Wykorzystując znajomości mojego wujka, który znał dość nietypowy fundament w zasobach ludzkich Polski centralnej, załatwił Mi bardzo dobrze płatną pracę, w której spełniałem się jak nigdy przedtem. I nie chodzi tu o cieciowanie na płatnym parkingu, czy obstawianie hipermarketów, tylko o prawdziwego bodyguarda. Jak Mi było mało brałem dodatki w różnych innych firmach na obstawianie klubów nocnych, czy dyskotek, a ze względu na Moje osiągnięcia i gabaryty dostawałem tę fuchę z pocałowaniem ręki za pieniądze większe niż reszta pracowników, którzy robili tam na stałe.
Teraz moim celem jest wyrobienie licencji drugiego stopnia oraz licencji na prowadzenie własnej działalności detektywistycznej.
To tyle o Mnie, teraz pewnie większość z Was o ile ktoś doczytał się aż tutaj spyta:
- No ok, ale to jest forum pokerowe, może coś o pokerze?
Proszę bardzo. Jak wspomniałem na początku pokera zaszczepił we Mnie ojciec jakieś 3,5 roku temu. Po pewnym czasie odkryłem Texas Hold'em i pozostałem mu wierny, czasem zdarza się zagrać w Omahę, Razza lub nawet HORSE'a, ale jest to rzadkość.
W holdema grałem zwykle na wirtualne żetony, ale jakieś pół roku temu założyłem konto na P* i zaczęło się. Wykorzystując doświadczenie (w sumie nie duże, ale zawsze), oraz tony przeczytanych poradników, artykułów czy książek z tym związanych zacząłem odnosić pewne sukcesy. Nie lubię grać Cash Games'ów, wolę turnieje. Zwykle jest to S&G full ring bądź 6-max. Ostatnio dzięki full ringom niemalże zgarnąłem pakiet na EPT Copenhagen dążąc od Step A do Step G, niestety zmęczenie dało o sobie znać i Step F zakończył się totalną klęską i ostatnim 9 miejscem :/
Często też grywam MTT, poczynając od Big 2,20$ kończąc na Sunday Milion, lecz bez spektakularnych wyników. W miarę możliwości osiągam płatne miejsca, ale nie powiększyłem do tej pory bankrolla o jakieś olbrzymie pieniądze.
Teraz poker online jest dla Mnie alternatywą na nudne dni samemu w domu, ale ogólnie spełniam się w nie do końca sprzyjających prawu turniejach live między znanymi Mi osobami. Moim celem jest regularne wyjeżdżanie od nowego sezonu na EPT jak i oczywiście WSOP tylko nie wiem jeszcze, czy jestem gotów na to by jechać tam w tym roku, czy może w następnym. Są to turnieje dla naprawdę znakomitych graczy, a do Nich jeszcze Mi brakuje. Nie uważam się natomiast za gracza słabego, czy mało doświadczonego. Myślę, że jestem dobry, ale jak już mam gdzieś wystartować to chcę tam jechać nie po to, by opłacić wpisowe i ruszać do domu, tylko w celu minimum stołu finałowego. Wychodzę bowiem z założenia, że im większe zakładamy sobie cele, tym szybciej dojdziemy do upragnionego poziomu.
Na zakończenie chciałbym się z Wami podzielić bardzo ciekawym rozdaniem, jakie miałem zaszczyt wygrać, ale oceńcie czy zachowalibyście się tak samo? W następnym odcinku mojego bloga powiem Wam w jaki sposób zinterpretowałem tą sytuację i dlaczego postąpiłem tak a nie inaczej, ale póki co daruję sobie ten opis gdyż szczerze powiedziawszy dostaję lekkiej kurw... serca z tą klawiaturą.
7 osób przy stole: FINAL TABLE [Turniej na 43 osoby - początkowy stack: 3500]
Wpisowe: 300zł
Pula: 12 900zł
7 płatnych miejsc
SB: 1500 BB: 3000 Ante: 100
1 - fold 100 (stack: 26 000)
2 - fold 100 (stack: 13 500)
3 - raise all in 7 150 + 100
4 - fold 100 (stack: 49 500)
5 - call 7 150 + 100 (stack: 16 750) <- JA Button
6 - fold 1500 + 100 (stack: 31 000) SB
7 - call 7150 + 100 (stack: 21 500) BB
Pot: 23 950
Moje karty:
FLOP:
7 - bet 6000 (stack: 21 500) BB
5 - raise all in 9500 (stack: 16 750) <- JA Button
7 - call 6000 + 3500 (stack: 21 500) BB
Pot1: 23 950
Pot2: 19 000
Razem: 42 950
Odkrywam swoje karty na Draw do strita i co widzę?
7:
3:
i wtedy:
BOARD:
Normalnie nie powinienem tego zagrać, ale później opowiem czemu zagrałem.
To się właśnie nazywa poker.
GRA UMIEJĘTNOŚCI Z ODROBINĄ NUTKĄ SZCZĘŚCIA
Po tym rozdaniu sprawa wyglądała tak:
1 - 25 900
2 - 13 400
3 - 7 miejsce = 560zł
4 - 49 500
5 - 42 950 <- JA
6 - 31 000
7 - 4 750
Więcej w kolejnym odcinku







przegrały z
choć procentowe szanse nie powinny pozwolić Mi tak myśleć. U rywala trójka na ręku i open full, Ja mając open straight byłem jednak dobrej myśli. Poddenerwowanie wzięło górę gdy na turnie wskoczył