Meldujemy się w hotelu z
Glorym tuż przed
Wahim. Zanieśliśmy torby na górę (no dobra, kto niósł ten niósł) i schodzimy na dół. Podjeżdża
Wahi, wyładowuje pudło z pucharami. Mówię, że ja sobie od razu wyciągnę ten za pierwsze miejsce, bo po co ma leżeć w ciemnym kartonie do soboty. Wyładunek obejmuje też kratę piwa, której patrząc na doświadczenia z wcześniejszych zlotów nie należy dawać
Gloremu. Aczkolwiek w mojej branży jest taki dobry kawał:
Po co aktuariusz ubezpieczeniowy wnosi bombę na pokład samolotu ? Bo wyliczył, że prawdopodobieństwo dwóch bomb na pokładzie jest znikome.
Więc być może skoro jedna krata juz poszła to druga się zachowa z większym prawdopodobieństwem niż jakby niósł ją
Wahi.
Schodzimy do konferencyjnej, piwko, wódzia smakowa, jakiś obiad i odpalamy gry. Chłopaki proponują Jungle Brunch, taja, dobble, monopoly deal. A poker ? Taka fajna gierka, znacie ?
Zaczynamy od Taja. Dochodzi do tego, że z 35 startowych mam 4 żetony, czuję że Agnieszka mogła zarażać brakiem intelektu. Aż w końcu zaczyna żreć jak należy, intelekt (albo szczurek) wrócił na miejsce i jak kończymy grę to się okazuje, że odrobiłam i jeszcze zarobiłam 70 żetonów, złotówka za każdy. Pierwszy wirtualny medal jest mój.
Odpalamy chińskiego pokera, którego wygrywa
Glory, mimo że to
Słodziak nam wyskakuje z karetami, pokerami i innymi cudami.
Następna gierka to dobble i tu
Słodziak miażdzy nas jak chce. Ja tam nie widzę nic, żetony uciekają ode mnie jak szalone, aż muszę się dokupić. Ale oto znowu zaczyna żreć, zaczynam zauważać te banany, kwoki i "no, te takie" i kończę grę z wynikiem + 2zł. Szału nie ma ale będzie ! Będą cycki będzie pompa ! Zwycięzcą medalu jest
Wahi.
W Monopoly deal z
Glorym grać nie wolno więc my durni przegrywamy jakieś złotówki.
No i zaczynamy Texas Hold'em. Za wiele to z tej gry nie pamiętam poza tym że
Wahi robi jakieś głupoty i konczy się to u niego tekstem "Glory, pożycz stówkę" oraz "Iza, pożycz stówkę." Godzina 5 rano, padamy na pyski, od godziny powtarzamy "ok, ostatnie rozdanie." Przede mną jakieś 860 zł,
Glory ma 120 zł i mówi wiekopomny tekst wieczoru: "Jakbyśmy grali do siódmej rano to bym Cię zniszczył tak, że by Ci złotówka z tego nie została." Osz Ty ! I fukam na niego, że trzeba było sobie to na kartce z datą i godziną napisać, a nie mi psychikę próbować niszczyć, że to wredne, podłe bla bla. Promili mam pewnie więcej od niego ale to mi nie przeszkadza jednak myśleć na dwa kroki przed nim. "On wszystko robi po coś. Po co to powiedział ? Żebym się zamknęła w sobie, zmieniła strategię, zamurowała się i żeby mu się łatwiej grało, nie inaczej. No way, no fucking way, nic nie zmienię. Przegram to przegram, ale niczego mu nie ułatwię". I się odwijam "ok, możemy grać do siódmej rano, zobaczymy." Przebieramy się, instalujemy się w łóżkach (tej nocy jeszcze każdy w swoim) i słyszę tekst (nie wiem kto to powiedział):
-Całą noc farciłaś w pokera i teraz zakładasz do spania koszulkę z napisem "fuck luck" ?! Jawna prowokacja !
Wahi idzie spać, a my z
Glorym siadamy na łóżkach, szafka między nas i lecimy HU. Nie zliczę rozdań typu:
Glory: Queen high.
Ja: King high.
Glory: Ku*wa !
Glory: King high.
Ja: Ace high.
Glory: Ku*wa !
Glory: Ja nic nie mam. 7 high.
Ja: Ja też nie dobrałam. 8 high.
Glory: No kur*wa !!!
Miażdzę mu cały światopogląd rozdaniem gdzie flop najprawdopodobniej wyglądał tak: 589 rainbow (choć mogę się mylić, w końcu to jakaś 6 rano a nam zostały ledwie ze dwa piwa z tej całej kraty i niecałe pół butelki wódki) na turnie spada J i
Glory po drobnej przepychance się wsuwa. Dostaje call. Cały uradowany mówi "ja mam nutsa." WTF, patrzę na board, koloru na nim nie można było zrobić.
Glory odsłania 67 i już gotów sięgać po żetony ale wtem ja go szybciutko gaszę "nie, nie, Ty nie masz nutsa. Ja mam nutsa." I odsłaniam QT. Ostatnie rozdania to pamiętam że już leżeliśmy w łóżkach, leży flop, ja coś resztką sił podbijam,
Glory się zastanawia... i nagle się budzę bo słyszę "fold." Oczy na zapałki, ale do śniadania jeszcze 15 minut, jakoś musimy wytrzymać bo jak zaśniemy to koniec, żadna pobudka, żadne śniadanie. Do rzekomej siódmej rano
Glory na samym heads-upie przegrał ze mną 450 zł. Przyjechałam mając 950 zł, po całym wieczorze mam 2240 zł i stówkę wierzytelności na
Wahiego. I muszę się tym nacieszyć bo mi obiecują, że to mój ostatni czwartek był, następnym razem na before party-brak-polskiej-licencji! zamierzają wziąć
Marę. I proszę, niech się teraz tłumaczą, dlaczego akurat
Marę
Chłopaki się zrywają o świcie koło 12 bo mają grać w tenisa. Ciągnąc za nogi i ściągając ze mnie kołdrę próbują zrobić ze mnie szofera ale ja tylko zawijam się w tę kołdrę jak w kokon i już rozumieją, że ja teraz byłabym tak samo dobrym kierowcą jak oni. Idą na piechotę.
Wahi: Ty, a masz czym zapłacić ? Bo mi Iza całą kasę zabrała.
Glory: Jakieś resztki mam. Może znajdziemy bankomat po drodze.
Zanim wrócili dojechał
Buba i spółka.
Yerzy tankuje jakiegoś drinka z kubka po coca-coli, mocząc sobie całą koszulę bo kubek przecieka. Ale
yerzemu to już nie przeszkadza, to raczej nie pierwszy jego drink tego dnia.
Wracają tenisiści.
Buba: Kto wygrał ?
Wahi: No prawie ja !
Glory: Nie znaleźliśmy bankomatu po drodze. Iza, pożycz 5 stów !
W dodatku wziął na siebie stówę długu
Wahiego. Nawet mnie to cieszy bo jak
Wahi nadal zamierza grać tak jak wczoraj to w niedzielę rano może już być niewypłacalny. A jak będzie pił tyle co następnej nocy to obawiam się że dług będzie nieściągalny bo potomstwa
Wahi nie ma a spadkobiercy mogą wziąć spadek z dobrodziejstwem inwentarza. Czyli nic, bo wszystko pójdzie pod zastaw. Jest też teoria, że
Glory na biznesie zna się lepiej ode mnie i już dawno wziął od
Wahiego kluczyki i dukumenty od auta w poczet ewentualnego długu.
Powoli zjeżdza cała ekipa, kilka nowych twarzy, gramy jakieś cashówki, nawet udało się jakiś turbo turniej odpalić ale
Maczek mnie wyrzucił. I tak w delikatniejszy sposób niż ja
Soyę więc nie mam pretensji. FT zaliczyłam. Patrzę co się dzieje u tych co już odpadli. W sumie nie trzeba patrzeć, cała sala wie bez patrzenia, wystarczy ich posłuchać. Właściwie nie trzeba słuchać, bo tylko ich słychać, sami wpadają w uszy. Ba, nawet słyszeć ich nie trzeba, ich widać ! Drą się wniebogłosy bo grają w dwieście czy trzysta osób w dobble. I w papier/kamień/nożyce. Czysty obłęd. Mało im hazardu, grają po 5 zł w odmianę dobble jakiej nie przewidzieli producenci. Widać, że z hazardem mieli tyle wspólnego co uczestnicy zlotu z rozumem. "Kto trafi symbol z następnej kartki dobble wygrywa." I każdy coś obstawia, choć pewnie połowy tych symboli nie ma na żadnej możliwej kartce bo rozmaite rzeczy wymyślają. Cashówki mi dziś nie szły, jakieś 200-300 zł ze mnie wyciągnęli, ale co tam, wracam do pokoju po piwo i mam zamiar jeszcze ich tam zniszczyć.
Glory idzie spać, nie daje się namówić na powrót. I ja po czasie też myślę, że to tak jak było w Pszczynie: miażdzyłam pierwszy dzień, miażdzyłam ostatni, a drugiego trzeba pójść spać dopóki się mało przegrało. Nad ranem wraca
Słodziak, otwiera z kopa, włącza światło, trzaska drzwiami i wyjeżdża z jakimś arabskim tekstem "al-e-sie-nae-balem" po czym gasi światło i pada jak kłoda na łóżko (nadal każdy śpi w swoim).
Rano czyli po południu siedzimy na konferencyjnej,
Buba opowiada historię całego życia oraz to, że w jego sklepie z bielizną stało terrarium z wielkim jak stodoła wężem i dwoma kompletami bielizny w środku. Można je było wziąć za darmo, wystarczyło je wyciągnąć. I jakimś cudem
Buba nie zbankrutował. Tylko dlatego, że mnie tam nigdy nie było. Węży się nie boję. Co innego gdyby w środku było jakieś robactwo. Tak czy inaczej większość facetów zaczyna rozumieć, że złą drogą w życiu poszli. Trzeba było zostać brafitterem. Idziemy na Orlik kopać piłkę. Chłopaki grają a ja z
Martą oceniamy ich klaty bo jedna drużyna gra bez koszulek. Druga miała grać bez spodenek ale nas oszukali. Wymiany koszulek też nie zrobili więc mamy niedosyt. W międzyczasie wzięli do drużyny
Morendiego a ja dostałam jego smartphona z odpalonym turniejem 27$ knockout na Starsach. 108 płatnych, zostało 64 graczy, mamy 22k w stacku. Po dziesięciu minutach mam 75k i dwa bounty zdobyte. Potem mi rozwalają jakieś damy, 2x jakieś dwie pary na kolor i kończę grę na 32 miejscu. Nie pamiętam ile za nie płacili.
Wracamy i szybko odpalamy casha ale wcześniej przekonuję
Karwka do gry w dobble. Stolik za mną wkupują się do casha więc mówię że będę multitablować ale jednak dobbla rozwiązujemy bo
Karwek też chce grać. Cash trwał może z godzinę bo plan jest że odpalimy turniej. Ale i tak w pierwszym rozdaniu udaje mi się wyblefować
Tomka z Trójmiasta z jakimś kompletnym poboardowym niewypałem. Pokazanym zresztą.
Tomek: No kurde, czemu ja to przegrałem...
Ja: No bezpośrednia przyczyna jest taka, że spasowałeś.
Tomek: Bespośrednia tak, a pośrednia gdzieś dużo wcześniej... Też nic nie miałem na koniec ale w porównaniu do Ciebie to miałem super rękę...
Budzimy
Glorego na turniej. I się okazuje, że się zsikał do łóżka. A raczej
Wahi mu zrobił Ice Bucket Challenge.
Wchodzę na salę, chcę się zapisać do turnieju i słyszę "już jesteś zapisana." Co ? Kto znowu ?
Morendi się przyznaje, że to za ten turniej na PS. Spoko. Wielki nieobecny:
yerzy. Widzieliśmy go przez chwilę na Orliku po czym zaginął. Zaginęła też
recepcjonistka, która mu dała pokój z łóżkiem małżeńskim zamiast miejsca w pokoju pięcioosobowym. Ale ja nic nie sugeruję. Nie zagrał chyba też
Buba przejęty zagubieniem telefonu. Zaczyna się turniej.
Ja na całą salę:
Gordon, chcesz się założyć, że
justnutsbaby odpadnie pierwszy ?!
Gordon, cholera, czemu nie przyjechałeś ?
Hitem wieczoru jest
Wahi w koszulce z napisem "robię loda za trzy szare."
Lion: A on tę koszulkę na zamówienie robił, czy jak ?
Glory: HaHaHa ! Nie no, w pierwszym lepszym sklepie z koszulkami taką kupił !
Wahi jak zwykle odmawia wzięcia ze mną last longera, co po raz pierwszy w historii zlotów robi też
Glory. Jedyny chętny to
Soya. Za pięć dyszek. Niestety on chyba też zrezygnuje. Ze stołu w sumie mogę być zadowolona.
Marta, która jednak gra "kobiecą" przewidywalną grę,
Glory który nie nauczy się grać przeciwko mnie chyba już nigdy (tu historia ze śniadania, kiedy zapytał czy chcę piwo, na co ja że tak, bardzo chętnie i
Glory z miną pobitego psa bierze klucz od pokoju i już po drodze mówi "kurde, to był blef ! to był blef ! miałaś nie chcieć !") oraz
Jarek od
Buby, który gra takiego sexy pokera, że głowa boli, nie wie kompletnie co robi, kto powinien wygrać, z trudem ogarnia wysokość minimalnego podbicia a i tak trafia wszystko. I jeszcze siedzi po mojej lewej. I to się oczywiście źle kończy bo na sparowanym boardzie próbuję go na wszystkie sposoby wyrzucić z rozdania mając jakąś niską parę ale okazuje się że go nie wyrzucę i to nie dlatego, że on ma akurat jakieś masakryczne 27, ale dlatego że ma 33 i ten sparowany board oznaczał dla niego karetę trójek. Rebuy.
Mimo to mamy świetną atmosferę przy stoliku, bo tuż obok jest pudło po pucharach i mamy mnóstwo folii bąbelkowej. Przez całą salę idą te trzaski. Jako naczelna Elwirka zlotu dorwałam sobie jakiegoś kota i go tarmoszę, głaszczę, miziam, mówię do niego słodkim głosem. Faceci są zazdrośni. Nie pamiętam w jakich okolicznościach ale
Glory mi obiecał fabrykę folii bąbelkowej ! Marzenie życia ! Musi dotrzymać słowa ! Poza tym leci przede mną jakiś mecz, Polska-Niemcy czy coś tam. Faceci się emocjonują a ja się kompromituję:
Ja: Co jest ? Już wyłączyliście telewizor ? Mecz Wam się znudził ?
Marta: Skończył się...
Ja: Tak ?! Zajebiście !
Gns: Historyczne zwycięstwo z mistrzami świata a ona pyta czy się znudził...
Ja: Ile było ?
Gns: No masakra ! 2:0 !
Jakimś cudem ktoś był na tyle zdolny żeby wyeliminować
Jarka, więc odetchnęłam z ulgą. Chyba wolę tych "cięższych" graczy, po nich można się wielu rzeczy spodziewać ale jednak spodziewać. Nagle nie pamiętam w jaki sposób zostaję przy stole tylko ja,
Glory i
Marta.
Glory już się zaczyna cieszyć, że on sam i dwie kobiety, bo jednak trójkąt z pokoju
Wahi, Iza, Glory to chyba nie do końca to o czym marzył myśląc "trójkąt." Nie wiedział tylko, że ja się nie dzielę, więc po dwóch rozdaniach
Marty już nie ma. Zostajemy na sekundę sami, ale zaraz
Wahi nas przesadza na dwa różne stoły. Tam wykańczam
Soyę, który od razu wypłaca mi last longera. I buduję się na jakiś fajny stack, który potem żeby przenieść na finałowy to mi rąk nie starcza więc pomagam sobie robiąc kiesę z bluzki.
Glory jak to zobaczył to jego twarz przybrała wyraz surowego betonu. Jemu po jakimś starciu z
Tomkiem stacka starcza tylko na napieprzanie all-inami co powoduje to, że trochę tych walków ode mnie dostaje. W międzyczasie mam mega trudne rozdanie z
Aleksem, drugim zaraz po mnie chip-leaderem. Flop 886 w tęczy, ja cbetuję,
Aleks się odwija reraisem. Stawiam go na all-inie.
Glory zaczyna dyskutować:
Glory: Ale wiecie czemu Aleks tu poprawniej zrobi foldując ?
Ja: Glory... Po rozdaniu to powiesz, ok ?
Glory: Ale co Ty chcesz, mówię tylko że...
Ja: Poczekaj do końca rozdania !
Glory: Ale co Ci szkodzi, może jak powiem to on to spasuje.
Ja: Ale skąd możesz wiedzieć czy ja chcę żeby spasował, poczekaj z tym aż się rozdanie skończy, gracze których nie ma w rozdaniu nie dyskutują o nim dopóki się nie skończy.
Glory: No ok, masz rację.
W sumie chciałam żeby spasował ale to już zupełnie inna historia, niech to pozostanie między mną a
Aleksem. W każdym razie
Aleks myślał chyba z pół godziny miziając tego zdradzieckiego kota, który zamiast mi to się wpakował na kolana
Aleksowi. Wywalam jeszcze
Tomka, bo na BB dostaję 94s których nie zrzucam na minraisa. Trafiam flopa 9T4 i się all-inujemy.
Tomek pokazuje QT, nic mu nie pomaga.
Glory z
Martą dyskutują że granie 94s z BB to jest gra PRO bo oni takich rąk nie grają bo nie umieją. Co tu umieć, trzeba trafiać. Koło pro to ja nawet nie leżałam. Ale może stałam chociaż chwilę. Koło
Grzecha w Rozvadowie. Niedługo potem wyrzucam
Glorego bo jakimś cudem szczuruje mi się set dam na river versus jego K9 przy flopie Kx9. Nawet nie jest zły i nawet się nie drze jakim to słabym graczem jednak jestem. Ale ja głupia mówię, że jak wygram zrobię striptiz.
Glory pożycza jeszcze stówkę żeby mieć na cashówkę. Razem z zapłatą za pokój wisi mi już prawie tysiaka.
Środek nocy a ja decyduję że na jeszcze jedno piwo mam siły. Dla jednego piwa nie będę budziła kobiety z recepcji ale skoro
Glory też chce to już dwa ! Dzyń, dzyń. Babka wstaje, włosy rękami układa, ale uśmiechnięta bez problemu schodzi po to piwo.
I tu jest rozdanie które powinno mnie wyrzucić na trzecim miejscu, bo zostało przeze mnie jednak źle przeanalizowane. Najpierw o przesłankach. Patrzę w swoje karty, podnoszę wzrok i widzę u
Liona ruch ręki taki jakby był gotów swoją rękę spasować. Odsunął ją od siebie i poza swój stack, nagle jakby się zorietnował że nie jego kolej i trochę ją cofnął. Więc moja teoria jest taka, że jeśli
Aleks tu zaatakuje to on to łatwo zrzuci.
Aleks folduje. Więc ja mniemam, że mam tella na to, że
Lion grą nie jest zainteresowany. Blindy 2k/4k i zwykle wrzucałam tu 10k, jak większość stołu zresztą, standardowy bet-sizing można powiedzieć. Tym razem wrzucam 12k co było oczywiście nieprzemyślanym błędem w świetle tego co do tej pory myślałam. Ale słowo się rzekło. 12k, w momencie kiedy zazwyczaj betuję za 10k wygląda jak blef. Więc
Lion ma pełne prawo odwinąć się 3betem za jakieś 26k zostawiając sobie jakieś drugie tyle w stacku. Oczywiście myślę o tym, że cięzko mu tu będzie coś dobrego spasować, ale silnie wierzę w swoje przekonanie, że on myśli, że mnie złapał na blefie. I że lepiej mu będzie próbować to odrobić niż się wsuwać pod pociąg z powietrzem. I odwijam się all-inem ledwie wyższym od jego stacka z 95o. Lion calluje odsłaniając dziesiątki i tam gdzie ja myślę, że już pozamiatane tam
Marta rozdaje przeciwko swojemu ukochanemu strita dla mnie. Błędne założenia, błędne decyzje, szczurek się broni. Jeszcze raz ogromne i szczere przeprosiny,
Lion !
Zostaję sama z
Aleksem. Mamy mniej więcej równe stacki. Pierwsze rozdanie, jestem na dealerze, kładę na swoim pięknym 92o dwa tysiaczki i przesuwam w stronę
Aleksa. Drugie rozdanie folduję do ataku z SB. Potem on pasuje do mojego ataku. Aż przychodzi następne rozdanie i taka sytuacja, że mam A7. Flop AQx, bez koloru, x<7. Aleks tylko calluje mój atak. Na turnie odwija mi się 3betem all-in ale ja mam już dwie pary bo spada 7.
Aleks ma 88 i się żali że myślał na dwie drogi: albo tego asa nie mam, albo zrzucę jeśli jest słaby. River 7. Pół godziny liczymy żetony,
Aleksowi zostaje coś poniżej 10k, przy moich prawie albo ponad 200k. Wrzuca pierwsze co dostaje, 35o, ja mam Q8s. Spada mi jakieś 8 i wygrywam turniej. Wszyscy mówią, że jestem niesamowita, dwa wygrane turnieje zlotowe pod rząd, trzeci puchar z rzędu. Oczywiście próbują na mnie wymusić striptiz ale za to jest tylko sesja z pucharem na stole. Siedzimy wszyscy jeszcze chwilę, chłopaki grają cash,
Wahi od dawna śpi.
Przed hotelem gram z
Morendim w piłkę. On stoi w bramie, ja strzelam karne. W szpilkach, w spódnicy, z butelką piwa w ręku. 11 strzałów, tylko dwa obronił. 9:2 ! Jestem geniusz !
W końcu wracam z
Glorym do pokoju. Ale ten dekiel
Wahi się zamknął. Walimy do drzwi, stawiając na nogi cały hotel ale nie
Wahiego.
Glory idzie do recepcji po klucz, ja na dół żeby ktoś do niego zadzwonił bo nasze telefony zostały w pokoju. Ale tam wszyscy albo mają rozładowany telefon albo nie mają numeru do
Wahiego. Wracam, a recepcjonistka się morduje z drzwiami stwierdzając ostatecznie "zostawił klucz w drzwiach." Idę jeszcze przed hotel, może ktoś pali kto ma telefon naładowany i ma numer do tego śpiocha. Znowu nic. Wracam,
Glory nagle otwiera mi drzwi trzymając klamkę w ręku. Rozwalił drzwi żeby się dostać.
Wahi obudzony, humory dopisują,
Wahi mnie namawia żebym z nim spała w łóżku. "Zmieścisz się na jednej połowie, czy dostawiamy łóżko ?" Uuuuuuu, foch. Chciałeś Ice Bucket Challenge to masz ! Idę do łazienki, kubek wody i prosto
Wahiemu w nos. I drugi żeby poprawić. Aż światło zgasło.
Wahi stwierdził, że w mokrym łóżku spał nie będzie i przeniósł się na moje. Po czym jednym niezgrabnym ruchem wylał na nie piwo. Niezaprzeczalnie jednak moje łóżko było bardziej suche niż jego. A moje już zajęte. Na jego spać się nie da, mimo że kombinowałam jak mogłam. Decydujemy, że złączamy dwa łóżka i śpimy we trójkę na dwóch. Łóżko
Glorego też jeszcze mokre po pobudce made by
Słodziak.
Wahiemu się włączył słowotok więc jest więcej śmiechu niż spania. Rano nas budzi pukanie do drzwi.
Wszyscy troje: No co jest, kur*wa !!!
Buba. Wahi się w końcu podnosi i go wpuszcza do środka i wraca do łóżka.
Buba jakby go w ogóle nic nie zdziwiło, nie takie rzeczy widział, pomstuje jeszcze raz na zgubiony telefon i wychodzi.
Po 15 minutach znowu pukanie do drzwi.
Wszyscy troje: No rzesz kur*wa mać !
Chyba
Maczek,
Glory mu otworzył ale go nie wpuścił. Jeden zszokowany mniej. Chyba że już się wycieczki do nas organizują żeby to zobaczyć. Po kolejnych 15 minutach ja już wiem, że nie zasnę, po ciemku myję zęby, ubieram się i wychodzę.
Jon pyta o której się zbieramy bo chce się zabrać do Warszawy. "Nie wiem, tam jest umieralnia jeszcze, dwie godziny minimum." Nawet zdążyłam na śniadanie, ale zaraz chcą je zabierać. No to pakuję co zostało na talerz, jakieś pieczywo, wędlinę, warzywa,
Jon mi pomaga ładując na drugi talerz parówki. I niosę to na górę. Jak sobie wezmą
Marę do pokoju to niech on im przynosi śniadania do łóżka.
Ja: Śniadanie Wam przyniosłam !
Wahi: No normalnie nie wiem czy podziękować czy poprosić o ketchup !
Ja tymczasem lecę do recepcji żeby włączyli korki u nas w pokoju. A babka że się nie da, że jest zwarcie, że wysadza te korki co chwilę. No to wyłączam wszystko. Chłopaki już mogą się myć w świetle.
Spotykam
Maczka z walizkami żetonów, pyta czy to nasze.
Wahiego, mówię żeby zaniósł do naszego pokoju. Chyba ich zobaczył śpiących na jednym łóżku
Ogarniamy się wreszcie, zaczynamy się pakować, łóżka już rozstawione, wpada
Marta z
Lionem żeby się pożegnać.
Marta: Jesu, jakie Wy tu macie pobojowisko !
Wahi: Tak to jest jak się ma kobietę w pokoju ! 83% bałaganu jest jej !
Ja: Taaaaa, akurat !
Wahi: Glory, żałuj że nie widziałeś, obraz życia ! Izka chciała z powrotem przesunąć ten stolik między łóżka, kabel od lampki jej wszedł pod stolik ale Iza nie daje za wygraną i ciągnie ten stolik dalej, im bardziej ciągnie tym bardziej kabel się wciąga, kabla przestaje starczać, lamka jej spada ale Iza twardo dalej przesuwa ! W końcu się nie dało dalej, kabla nie dała rady wyciągnąć i zostawiła w połowie drogi !
Wracam do domu mając w torebce 2550 zł. I puchar. I jak zawsze z masą pozytywnej energii ! Dzięki wszystkim znajomym, tych którzy byli pierwszy raz zapraszam na kolejne zjazdy, miło Was było poznać !
Przywożę do pracy ten puchar żeby się pochwalić, mam 50 metrów od samochodu a po drodze z pięciu przechodniów mi gratuluje, że super, że to na pewno za wybitne osiągnięcie sportowe, że dobrze że Polska ma takich sportowców. TAK JEST ! Sportowców właśnie ! Nie hazardzistów ![/b]