....
... aż tu dostaje big slicka!
No to otwieram zaspane ślepia, wbijam dla pewności 30c (na zapas, żeby nikomu jakieś dowcipy nie przyszły do głowy), koleś call, ok patrzymy co się flopnie.
Jakieś blotki, chyba 8,2,4 tęcza, no to kolejne 30c, koleś sprawdza, turn chyba 10, kolejne 30c koleś sprawdza, river znowu blota, myślę: ma króle albo asy ale żeby coś się dowiedzieć to na koniec po 30 - koleś pokazuje: Q4 suited - para czwórek wygrywa!
Myślę sobie: OK spryciarzu, zobaczymy jak długo się tak pobawisz, znowu jakaś trójka, ja ostro, koleś pokazuje fulla dobranego na turnie i riverze!
I tak dalej - 90% flopa jak babcie kocham, bardzo rzadko przebijał preflop, ale wchodził po prostu we wszystko! Potem również nieagresywnie, większość czekał i sprawdzał a na końcu pokazywał monstery. Podwoił się szybko, potem 1/4 przegrał i musiałem wyjść ze stołu. Zrobił na mnie niesamowite wrażenie - grał jak jakiś piskorz, sprawdzał 8-10BB, żeby zobaczyć ustawiające go turny i rivery, wydał mi się nie do zaj...
No to pomyślałem - "walić to, od dziś mówcie mi Sammy Farha" i zacząłem zabawę: 90% connectorów, wszystkie suited, damy a potem zmyłkowe bety, kosztowne drawy 2 brakujących kart, blefy co 3 ręce, ogólnie szaleństwo...
Nie szło mi wcale źle: były stoły, którymi bawiłem się jak lalkami, do czasu, gdy ktos mnie przystopował, ale miałem naprawdę sporo satysfakcji z różnych ryzykownych akcji...
Tyle, że dwa buy-iny w tył, potem dwa w przód, jeden w przód, dwa w tył itd, itp. W rezultacie: 4 dni w miejscu (nawet lekko minus), utrata wiary we własne umiejętności, chaos w głowie (próbuje przypomnieć sobie jak grałem wcześniej).
Muszę przyznać, że tak agresywny styl daje ogromną frajdę i uczy wiele z psychicznych aspektów gry (to jedyny plus jaki z tego wszystkiego wyciągnąłem) ale na razie daje sobie z tym spokój: albo nie jestem do takiego grania wystarczająco dobry albo nieszczególnie sprawdza się na mikrostawkach.
Co o tym myślicie? Czy ktoś z was grał super-agressive na takich limitach i jak wam szło?



