Sytuacja. Posiadamy stack 13 bb. Turniej to satelita, w grze zostaje 10 osób z czego 2 cokolwiek wygrywają. Miejsce 3 nie daje nic.
Na MP (lub każdej innej pozycji) dostajemy niską parę. W tym przypadku
Otwieramy rozdanie grając 3xbb (lub gramy call gdy ktoś już zagrał). Po nas idzie jeden limp i przebicie x4. Czas na naszą decyzje i gramy all-in wiedząc, że agresor i tak sprawdzi bo do dołożenia ma grosze.
Dziś Zielony próbował mnie przekonać, że to jest donk call. W Świnoujściu w podobnej sytuacji próbował mnie do tego przekonać Trabant. A ja się zupełnie nie zgadzam!
Podstawową myślą jest oczywiście fold - karta słaba, flip w najlepszym wypadku. Ale trzeba spojrzeć na sytuację z perspektywy turnieju...
Przy fold zostaje nam 10bb i za chwilę przejadą po nas blindy. Źle to rokuje na przyszłość, do "kasy" daleko trudno będzie z takim stackiem coś za chwilę ukraść. Ogólnie to dupa.
Co zaś się jednak dzieje przy call? Po pierwsze mamy napompowaną pulę. Leży nasz bet, limp, blindy. Zagrywamy więc call który jest +- 1/3 tego co jest do wygrania. Jeśli wygramy to będziemy mieć 30 blindów, stack absolutnie grywalny.
Jaki zakres rąk może mieć przeciwnik? Opcje właściwie dwie albo ma parę albo dwie overcards. W wariancie optymistycznym mamy więc flipa w którym się potroimy.
I w SATELITACH lub turniejach o bardzo stromych wypłatach taka opcja mnie jak najbardziej przekonuje. Wyrzucenie opcji na flipa i tak postawi nas w niemal niemożliwej sytuacji by do kasy dojechać. Trzeba zaryzykować. W turniejach o płaskiej strukturze wygranych można zagrać fold. Bo do wygrania czegoś znacznie bliżej, a i łatwiej presje na przeciwnikach wywierać mając nawet 6bb. (choć akurat w mojej wizji gry zawsze o wygraną to i tak będzie call).
Dziękuję za uwagę, a teraz mi możecie napisać, że się nie znam

