Wczorajszy freeroll saavy na chlipoker-brak-polskiej-licencji!, do którego dołączyłem dzięki uprzejmości kogoś z działu hasła do freerolli.
Sami francuzi, niezły dokament / lolament / flipament. Ale grałem trochę murkowo i ze trzy razy wygrałem flipy, bo po prostu miałem lepszą rękę na starcie.
Anyway, po 1,5 godziny i kilku przygodach, mam jakieś 19K czipsów, lider ma 40, a średnia 4-5... Mam jakąś 6 pozycję, top 50 płatnych, ale za FT jakiś tam pieniądz, bo mogłoby wpaść od 2 do 25 dolców. Więc myślę sobie, murujemy, a jak zostanie już to top50, to agresja.
I w tym momencie przychodzi mi AA.
Od razu mówię, że nie wierzę do końca w potęgę AA, bo raczej mi nie wypłaca. Albo wszyscy się złożą pre-flop po moim 3BB, albo nic nie dochodzi. Robię tylko raise 2BB i mam dwóch callersów. Akurat tych z blindów, więc chyba nie dziwne. Myślę sobie "przecież miałeś się murować!". Ale zaraz po tym "ale przecież to AA".
Na flopie x K x raczej bez drawów, chyba że runner runner...
Mój bet o pot (+/- 1500 czipsów, bo to były blindy 125/250 i ante 25). Jeden fold, drugi call.
Turn X, ja znowu bet o pot, a koleś all in. Na początku rozdania miał stacka 25K a ja 19K, więc myśówka trwała do gwizdka prawie... Obstawiałem go na K z niższym kickerem, ale bez readów, po prostu myślałem, że tak miał. I że skurczybyk straszy.
Call.
Kolo pokazuje KQ, ja AA, a na riverze. Tak. Q.
Odpadam jako 57 na 50 płatnych.
Kuuuuu*******wwwwww******, miałem się murować! Znowu!



